Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Himalaje / Trekking pod Everestem

Lekcja pokory

NPM 8/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Paź-Kerner
(fot. Agnieszka Paź-Kerner)
Staram się nie denerwować. Ale myśl o tym, że zaraz wsiądę do samolotu, który następnie – mam nadzieję – wyląduje w Lukli, na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk świata, sprawia, że nerwowo przestępuję z nogi na nogę.

Atmosfera wokół mnie w niczym nie przypomina tej, którą znam z innych lotnisk. Zagubiona w tłumie oczekującym na otwarcie jego bram w Katmandu, czuję się jak przed sklepem, gdzie zaraz ma się rozpocząć sezonowa wyprzedaż. Każdy chce być pierwszy. Dzisiejsza pogoda daje nadzieję, że poranne loty nie będą odwołane, z późniejszymi nigdy nie wiadomo. Bywa, że koło południa nadciągają gęste chmury i z powodu złej widoczności lotnisko zostaje zamknięte.

Przetrwać lot
Wrota się otwierają i wszyscy oczekujący ruszają w tę samą stronę, wymachując biletami, które sprawdzane są przed wejściem, co znacznie spowalnia przepustowość zniecierpliwionego tłumu. Nasza czteroosobowa grupa rozdzieliła się już na początku i teraz jestem zdana tylko na siebie. Objuczona bagażami, ubrana przesadnie grubo, z traperami przypiętymi do pasa walczę o prawo do wejścia. Udało się, pierwszy etap za mną. Teraz kontrola lotniskowa. Bagaż nadawany nie może przekroczyć 10 kilogramów, bagaż podręczny – pięciu. Żeby zmieścić się w narzuconych przez przewoźnika limitach, większość grubych ubrań założyłam na siebie. Teraz czuję, że dwa polary i kurtka puchowa to trochę za dużo na ten całkiem ciepły dzień. Zaraz zemdleję.
Choć boję się latać samolotem, wiem, że to jedyny sposób na szybkie przedostanie się do Lukli (2860 m n. p. m.), skąd zaczyna się nasz trekking do bazy pod Mount Everest (5364 m). Na szczęście moja chęć poznawania świata jest silniejsza niż strach przed przemieszczaniem się drogą powietrzną. I tak 20 minut lotu spędzam z nosem przylepionym do szyby, podziwiając świat poniżej. Że to mogą być ostatnie piękne krajobrazy, jakie oglądam w swoim życiu, uświadamiam sobie, kiedy samolot obniża lot i przygotowuje się do lądowania. Pas startowy, na którym pilot ma posadzić maszynę, mierzy zaledwie 460 metrów i jest szeroki na 20. Nie ma miejsca na błędy. Na końcu znajduje się skalna ściana, z drugiej strony jest 600-metrowa przepaść. Zamykam oczy (choć to akurat raczej w niczym nie pomoże), mocniej ściskam plecak, który trzymam na kolanach, i zastanawiam się, ile razy wcześniej pilot ćwiczył już ten manewr. Na szczęście wszystko kończy się szczęśliwie.
Na lotnisku wita nas armia tragarzy, którzy przychodzą tu z nadzieją, że jakiś samotny turysta lub nie do końca zorganizowana grupa będzie potrzebować pomocy. Na nas czeka już dwóch uśmiechniętych chłopaków i jeden, nie mniej radosny przewodnik. Ostatnie formalności wymagane przed wejściem na szlak załatwiamy w barze, popijając herbatę z cytryną, imbirem i miodem.
Ruszamy w góry i pierwsze, co mnie zaskakuje, to fakt, że jest tu tak dużo ludzi. Jedni, tak jak my, dopiero rozpoczynają trekking, inni już wracają. Ruch panuje tu ogromny. Do tego w wielu miejscach rozstawione są kramy z różnymi bibelotami, maleńkie sklepiki, w których można kupić nie tylko produkty spożywcze, ale też podstawowe higieniczne. Martwiłam się, że szczoteczkę do zębów zostawiłam w hotelu, tymczasem w pierwszym sklepie, do którego weszłam, dostałam cztery do wyboru. Daleko rzeczywistość odbiega od moich wyobrażeń, ale ogólna atmosfera i egzotyka poznawanych kolejno miejsc sprawiają, że czuję się tu fantastycznie.
magia Święta tihar
Pierwszego dnia szlak biegnie tylko w dół. Gubimy kolejne metry, żeby zaaklimatyzować organizm do warunków panujących na tej wysokości. Przewodnik otwiera przed nami świat nowej kultury i religii, którą znałam tylko z wcześniej przeczytanych książek i przewodników. Opowiada o kamieniach mani, które wyglądają jak przeniesione z innego świata. Wyrytą na nich, najbardziej chyba popularną mantrę „om mani padme hum”, co znaczy „bądź pozdrowiony klejnocie w świecie lotosu”, słyszałam wcześniej na ulicach w Katmandu. Nie ma możliwości, żeby przejść choć jedną przecznicę w mieście, nie słysząc muzyki przerywanej słowami tej mantry. Nawaraj, nasz przewodnik, mówi też o modlitwach ukrytych w kolorowych młynkach modlitewnych. Duże, małe, wolnostojące i przymocowane do ścian budynków, pojedynczo i w grupach, wszystkie spełniają tę samą funkcję –jeden ich obrót równa się jednej modlitwie.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też