Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | Kozi Wierch

Legendy rozbudzają wyobraźnię

NPM 7/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Szymon Matuszyński
(fot. Albin Marciniak)
Najwyższy w całości znajdujący się w Polsce szczyt – Kozi Wierch. Towarzyszące mu legendy i opowieści od małego rozbudzały i moją wyobraźnię. W szczególności te dotyczące drogi Żlebem Kulczyńskiego i przez Czarne Ściany.

Jest godzina 4.50. Na zewnątrz jeszcze ciemno. Uwielbiam ten moment, kiedy dzień walczy z nocą, wiatr szaleje ponad koronami drzew, a ja jestem coraz bliżej górskich szczytów. Jest w tym swego rodzaju tajemniczość i magia. Wyzwalają się wtedy we mnie emocje, które nie do końca potrafię nazwać. Jest to jakaś mieszanka skoku adrenaliny, podniecenia, ale i lęku, którego akurat ten rodzaj uwielbiam. Jeśli jeszcze do tego wiatr wzmaga się coraz bardziej, a temperatura leci na łeb, na szyję, poziom ekstazy rośnie.
– I o to chodzi! – myślę sobie za każdym razem.

Niczym Wielicki na Lhotse
W Kuźnicach ani żywej duszy – o tej porze nawet najzagorzalsi pasjonaci górskich kolejek do kolejek nie odwiedzają tego miejsca. W szczycie sezonu miejsce to odstrasza gwarem, krzykiem (Panie! Pan tu nie stał k… m..! – nie wszyscy w górach starają się słuchać ciszy). Dziś na całe szczęście te zachęcające absolutnie do niczego przekleństwa raczej mi nie grożą.
Pakuję plecak, przeglądam, czego tam zapomniałem, i ruszam Jaworzynką, żółtym szlakiem, w stronę Hali Gąsienicowej. Mijam budkę, w której pobierane są opłaty (przed świtem pusto tu i głucho) i regulując na zmianę latarkę oraz radio… wywalam się jak długi na pierwszym większym kamieniu.
Zdarzyło mi się odpaść od ściany na Kościelcu, zdarzyło mi się poślizgnąć na Rysach. Ale żeby na litość boską przewrócić się w Jaworzynce i rozwalić sobie kolano oraz rękę?! Wstyd. I małym usprawiedliwieniem jest fakt, że było jeszcze ciemno.
Zbieram się dość długo, ale myślę sobie: o, boli mnie kolano. Fajnie. Lubię, jak mnie coś boli, a ja w góry idę. Mało to normalne, ale już tak mam. Nie żebym specjalnie się wywalił, ale jak już tak wyszło, nie zamierzam się przejmować. Pewnie gdzieś w głębi duszy inspirują mnie dokonania na przykład Krzysztofa Wielickiego, który w gorsecie, z rozwalonym kręgosłupem wszedł sam, zimą na Lhotse. Porównanie może mało adekwatne, ale – góry są? Są. Boli? Boli. A że skala nie ta, to już mniej istotne. I tak będę opowiadał, jak to na Kozi z rozwalonym kolanem wchodziłem.
Nie taka nudna dolina, jak się wydaje
Jaworzynka piękna jak zawsze. O tej porze dnia także pusta, co dodaje jej wyjątkowego uroku. Za malucha, a pierwszy raz maszerowałem tędy dokładnie 35 lat temu, wydawała mi się nieskończenie długa. Teraz jej przejście zajęło mi niewiele ponad 20 minut, co wobec takiej sobie formy uznałem za sukces.
Większość osób idąc do Gąsienicowej, wybiera trasę przez Boczań. A szkoda, bo Jaworzynka jest nie tylko urokliwa, ale kryje w sobie także prawdziwie tatrzańskie historie. To tu znajdował się jeden z największych ośrodków pasterstwa w Tatrach. W dolinie prowadzono także prace górnicze, wydobywano rudy żelaza. Jeśli dobrze by poszukać, można odnaleźć tu jeszcze pozostałości sztolni. Mamy już więc dwa klasyki Podhala – owce i górnictwo, pora więc na trzeci. Pierwsza w Polsce skocznia narciarska została wybudowana w 1920 roku właśnie w Jaworzynce! Nie tak więc nudna ta dolina, jak się wydaje.
Rozumiem jednak, dlaczego wielu turystów jej unika. Serpentyny, które ostro wyprowadzają nas na Przełęcz między Kopami (1499 m n.p.m.), dają w kość. Ale później już sama przyjemność. Przed nami powoli otwierający się jeden z najwspanialszych widoków, jakie znam: Buczynowe Turnie, Krzyżne, Żółta Turnia, dominujący nad doliną Kościelec i genialna wręcz Świnica. Do tego Kasprowy Wierch i magiczna granica pomiędzy Wysokimi a Zachodnimi Tatrami – Liliowe. Jest się czym zachwycać.

Pogoda zdecydowała
Dochodzę szybko do Murowańca i widząc, że ruch w schronisku powoli ożywa, po krótkim odpoczynku ruszam szybko w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego (1624 m n.p.m.). Zadziwia mnie pogoda. Choć prognozy wskazywały na totalną kaszankę, nie dość, że nie pada, robi się naprawdę sympatycznie. Nie zatrzymując się nad Czarnym (choć widoki takie, że naprawdę trudno nie stanąć choćby na chwilę), ruszam dalej, wciąż zastanawiając się nad opcją drogi. Początkowo założyłem, że skoro ma padać, wejdę tylko zielonym szlakiem na Zadni Granat i zejdę z powrotem nad Zmarzły Staw, i potem wrócę do schroniska. Lubię trudne warunki, ale ślizganie się w ulewnym deszczu na Orlej jest przesadą, więc myślałem o łatwiejszej trasie. Ale pogoda wciąż mnie zadziwia. Kusi, żeby trasę modyfikować. I tak dochodzę do wniosku, że bardzo dawno nie byłem w Żlebie Kulczyńskiego. Adrenalina zaczyna rosnąć, decyzja podjęta.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też