Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Katastrofa w Małej Fatrze

Lawina zabrała nam auto

NPM 10/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Dominika Molenda
Pierwsze zdjęcie katastrofy robione z okna Chaty Vratnej (fot. Dominika Molenda)
Góry to moja największa pasja obok muzyki. A że trochę szczytów już zdobyłam, to nie jestem początkującą turystką i na szlak zawsze wyruszam odpowiednio przygotowana. Niestety, odpowiedni sprzęt to nie wszystko. Góry są wielkim żywiołem, który czasem bywa okrutny. Jacy mali jesteśmy wobec ich potęgi, przekonałam się w tym roku na Słowacji.

Mała Fatra (słow. Malá Fatra) to jedno z najpiękniejszych i najciekawszych pasm górskich Słowacji. Góry te zbudowane są ze skał granitowych oraz wapienno-dolomitowych, dlatego często bywają nazywane Tatrami w miniaturze. Głównym miejscem wypadowym w Krywańską Fatrę (słow. Krivanska Fatra), północno-wschodnią część masywu, jest miejscowość Terchová z bogatą bazą noclegową. To tutaj zaczyna się Vratna, malownicza dolina, która latem przyciąga tysiące turystów, a zimą jest rajem dla narciarzy. Wśród atrakcji są kolej gondolowa na Snilovské sedlo oraz najwyższy szczyt Wielki Krywań (słow. Veľký Kriváň; 1709 m n.p.m.); warte zobaczenia są również Mały i Wielki Rozsutec (słow. Malý i Veľký Rozsutec; 1343 i 1610 m n.p.m.) oraz Jánošíkove diery. Zaletą tych pięknych gór jest brak tłumów na szlakach. A że Mała Fatra znajduje się blisko polskiej granicy, zaledwie 55 km od Zwardonia, to jest chętnie odwiedzana przez Polaków. W lipcu tego roku przyjechaliśmy tu z całą rodziną na wymarzone wakacje.

Przecież się nie burzy!
Poniedziałek, 21 lipca. Wyjeżdżamy w góry przed godziną ósmą. Wiemy, że kolejka na Snilovské sedlo jest czynna od 8.30, a do przejechania mamy zaledwie sześć kilometrów. Nie trzeba się więc spieszyć. Dojeżdżamy do Vratnej (słow. Vrátna) i parkujemy auto przy dolnej stacji. Kupujemy bilet dla mojej mamy. Tomek, tata i ja ruszamy do góry piechotą. Mimo dość wczesnej pory jest bardzo gorąco, dlatego mam problem z podchodzeniem. Szlak jest bowiem dość stromy, większa część drogi prowadzi wzdłuż kolejki, więc każdy krok okazuje się dla mnie wysiłkiem. Nie pomaga nawet napój energetyczny.
Z mamą po mniej więcej trzech godzinach spotykamy się na Wielkim Krywaniu. Jego nazwa nie jest przypadkowa. Fatrzański wierzchołek wyglądem bardzo przypomina tatrzański dwutysięcznik – oczywiście w miniaturze, bo różni je prawie 800 metrów wysokości. Urządzamy sobie dłuższy odpoczynek. Drugie śniadanie, robienie zdjęć i podziwianie widoków – zbyt mało czasu na wszystko, ale kiedyś trzeba zejść.
Z Krywania idziemy do Chaty pod Chlebem (słow. Chata pod Chlebom; 1423 m n.p.m.). Kiedy dochodzimy do schroniska, spoglądam na niebo. Góry w oddali są jakby za mgłą. Niebo niewyraźne, mleczne, a gdzieniegdzie pojawiają się pojedyncze chmury. Wzbudza to we mnie lekki niepokój, ale prognozy zapowiadały załamanie pogody dopiero na następny dzień, więc odsuwam od siebie złe myśli. Chłopaki chcą iść na Chleb (1645 m n.p.m.) i dalej przez Hromové oraz Steny na Południowy Groń (słow. Poludňový grúň; 1460 m n.p.m.). Decyduję się, że zostaję z mamą.
– Przecież nie będzie burzy! – tata się ze mnie trochę śmieje. Wie, jak bardzo boję się burzy w górach.
Przeżyłam już cztery burze na szlaku. Na Krywaniu, Siwym Wierchu (słow. Sivý vrch; 1805 m) i w Dolinie Żarskiej (słow. Žiarska dolina) w Tatrach oraz na Tlstej (1414 m n.p.m.) w Wielkiej Fatrze. Więcej nie chcę takich przeżyć, kiedy burza szaleje, a ja jestem wysoko w górach. Wolę się wycofać, niż przeżywać ten horror kolejny raz. Męska część naszej ekipy idzie więc dalej sama.
Siedzimy jeszcze chwilę przy schronisku. Niestety, chmury zaczynają się robić coraz ciemniejsze. Postanawiamy, że nie ma co czekać, i ruszamy do kolejki. Według mapy powinno nam to zająć około pół godziny. Po 10 minutach słyszę po raz pierwszy charakterystyczny pomruk zwiastujący burzę. Chcę zawrócić, ale mama dopinguje: – Tyle już odeszłyśmy od chaty, że nie będę się cofać – uznaje.
Idziemy dalej. Po chwili słyszę kolejny pomruk. Jestem już dość mocno przerażona, ale widzę przełęcz. Stamtąd to już jedynie pięć minut do kolejki. Jak tylko dochodzę do Snilovskego sedla, zaczynam biec. Zajmuje mi to nie więcej niż minutę, a po chwili dołącza do mnie mama. Kupuję bilet na zjazd kolejką. Proponuję, żebyśmy chwilę zaczekały.
– Nie ma na co czekać. Zjeżdżamy od razu! – mama odpowiada zdecydowanie.
Kiedy siedzimy w gondolce, zaczyna już porządnie błyskać i grzmieć. Mimo że zjazd trwa tylko 12 minut, czas ciągnie się w nieskończoność. Wreszcie jesteśmy na dole. Wysiadamy z wagonika, a kolejka nagle się zatrzymuje. Tym bardziej się cieszymy, że udało się nam zjechać. Biegniemy szybko do restauracji w Chacie Vratnej. Gdy około godziny 15 docieramy na miejsce, na zewnątrz szaleje już burza. Takiej ulewy w życiu nie widziałam!

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też