Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Beskid Żywiecki / Trzy hale nad milówką

Łańcuch pod Romanką

NPM 4/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Rzeczycki
(fot. Tomasz Rzeczycki)
Jest wiosenny poranek, gdy wysiadam z pociągu w Milówce i ruszam na zielony szlak. Niestety, nie słychać plusku fal nieodległej Soły, tylko jednostajny szum samochodów. Pierwsze kilometry idę chodnikiem, a potem wzdłuż ulicy. I marne to pocieszenie, że nazywa się Turystyczna. Na szczęście Beskid Żywiecki potrafi wynagrodzić nieudany początek wędrówki.

W dzieciństwie kojarzyłem Milówkę za sprawą klubu sportowego o jakże wdzięcznej nazwie Meblarz Milówka. Ale nazwę zmieniono tak dawno, że nawet wyszukiwarki internetowe jej nie znają. Teraz jest tam Ludowy Klub Sportowy Podhalanka Milówka, chociaż miejscowość nie ma przecież nic wspólnego z Podhalem. Ale skoro jest klub Odra Wodzisław Śląski w mieście nie leżącym nad Odrą...
Większość turystów kojarzy jednak gminę Milówka za sprawą słynnych braci Golec, którzy muzyką rozsławiają od kilkunastu lat swoje miasteczko na Żywiecczyźnie. Ich utwór „Do Milówki wróć” w 2000 roku nuciła cała Polska. Golcowie tu się urodzili i mieszkają do dziś. O swoich związkach z Milówką Paweł i Łukasz opowiadali między innymi na łamach „n.p.m.” w wywiadzie Kuby Terakowskiego pod tytułem „Heligonka wraca do łask” („n.p.m.” nr 10/2015).

Podniebne wioski
Po godzinie siódmej rano ruszam zielonym szlakiem doliną Milowskiego Potoku, który na mapach jest też oznaczony jako Salomonka. Niepostrzeżenie ulica Turystyczna traci swą nazwę i zamienia się w Kolonię Prusów. Po chwili doświadczam niezwykłej życzliwości ze strony miejscowej staruszki, która z własnej inicjatywy wskazuje mi, którędy dalej prowadzi szlak. Zapewne mieszkając przy samej trasie, zdołała się już oswoić z pytaniami błądzących w okolicy wędrowców.
Mijam teren osuwiskowy, zostawiam za plecami dolinkę i rozpoczynam podejście przez las. Co nie znaczy wcale, że cywilizacji już dzisiaj nie będzie. W Karpatach, w porównaniu do Sudetów, rozproszone osadnictwo na grzbietach i zboczach górskich przetrwało. Niczym dziwnym nie jest, że turysta wychodzi na szczyt czy grzbiet położony nawet 800 metrów n.p.m. i widzi całkiem sporą wioskę.
Tak jest i na moim szlaku. Po nieco ponad dwóch godzinach melduję się na Hali Boraczej (ok. 860 m n.p.m.), gdzie tuż obok schroniska PTTK znajduje się całkiem spore osiedle okazałych domów. Dla mnie, mieszczucha od urodzenia, przywykłego do tego, że pięć minut od domu mam aż sześć supermarketów do wyboru, życie na takim odludziu byłoby jednak wyzwaniem. Ale ludzi, którzy uciekają z miast, jest teraz coraz więcej.

Chwała pogromcom eternitu!
Rozglądam się wokół. Na dole dominuje wiosna, a na tej wysokości ciągle jeszcze zalegają resztki śniegu na łąkach. Odpoczywam przed budynkiem schroniska PTTK, które, szczerze mówiąc, swoim wyglądem nie zachęca – ot, zwykły prostokątny klocek. A i tak jest lepiej, niż było kiedyś! Wybudowany w 1932 roku obiekt przeszedł w ciągu ostatniej dekady gruntowną modernizację. Po zmianie najemcy w 2005 roku nowy gospodarz usunął z zewnętrznych ścian szpecącą elewację z płytek eternitowych, zastępując ją drewnem pomalowanym na kolor pomarańczowo-brązowy. W dyskusji o gustach przyłączam się do osób twierdzących, że była to dobra zmiana.
Z Hali Boraczej wiedzie niezbyt trudny, za to widokowy szlak na Halę Redykalną (1092 m n.p.m.). Jej nazwa pochodzi od redyku, który kojarzy się przeważnie z tatrzańską jesienią lub wiosną. To uroczysty przemarsz pasterza z gromadą owiec z zagrody znajdującej się zwykle w wiosce na górskie łąki rozpościerające się wysoko na grzbietach. Jesienią redyk oznacza zejście do domu. Obecnie organizowane są głównie w Karpatach, chociaż przed laty próbowano je przeprowadzać także w Sudetach, jak choćby w Zimnych Wodach leżących w Górach Orlickich.
wspomnienie ze szkoły
 
 
(...)
 
Wiecej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też