Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Krywań patrzy z góry

NPM 10/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
()
Przez dziesięć lat w Szczyrbskim Plesie niewiele się zmieniło. Te same betonowe budowle, które pamiętają pewnie Praską Wiosnę. Te same drewniane knajpki serwujące przypalone kiełbasy. I ten sam obskurny dworzec kolejki z drewnianymi ławkami. Ale nie po uroki miasteczka się tutaj przyjeżdża. Większość górskich pasjonatów ma jeden cel: Krywań.

Każdy ma w swoim życiu szczyty, na które chętnie wraca. Często trudno nawet racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego jakaś góra tak mocno się do nas przywiązała. Czasami liczy się legenda, wysokość, trudności na trasie czy niesamowite widoki. Ale czasami są to po prostu miłe wspomnienia i niezwykli ludzie, których spotkaliśmy w przeszłości w swoim życiu. Bo jak na przykład wytłumaczyć sentyment do Krywania? Fakt, to narodowa góra Słowaków. My mamy Giewont, oni dostojny Krywań. Ale co poza tym? Góra, na którą każdego letniego dnia wspinają się dziesiątki, jeśli nie setki turystów. Gdzie na szczycie nie można znaleźć wolnego miejsca, a charakterystyczny drewniany krzyż został obfotografowany z każdej strony. Wróciłem na Krywań po ponad dziesięciu latach. Ale miałem czasami wrażenie, że to było wczoraj.
 
Pensjonat pamięta Gustava Husaka
Weekend w Tatrach Słowackich ma być rozgrzewką i treningiem przed wyjazdem w wysokie góry. Scenariusz jest idealnie dopracowany. Wyjazd w piątek po pracy. Pokonanie 600 kilometrów z Poznania do Szczyrbskiego Plesa powinno zająć około ośmiu godzin.
– W końcu jedna trzecia drogi to autostrada – wyliczamy.
Na polskich drogach wszelkie plany biorą jednak w łeb. Korki we Wrocławiu, awaria systemu poboru opłat na autostradzie pod Krakowem i wreszcie roboty drogowe na Zakopiance nawet w nocy stają się uciążliwe. W ten sposób zamiast o północy lądujemy w naszym pensjonacie po drugiej w nocy. Rezerwując nocleg, wyraźnie zaznaczyliśmy, że będziemy późno, ale dla Słowaków nie ma to znaczenia. Przez uchylone okno na parterze słyszymy nasz dzwonek, ale drzwi pozostają zamknięte. Nie mamy wyjścia i w cztery osoby zasypiamy w samochodzie. Budzą nas poranne śmieciarki.
– Dlaczego nie dzwoniliście? – obsługa hotelu udaje zdziwienie. I jak tu dogadać się ze Słowakami… Na szczęście gospodarze rezygnują z opłaty za nocleg, którego nie było.
Przypominam sobie lata 90. Na studiach to człowiek nie myślał o żadnym pensjonacie. Nocowaliśmy na kempingu w Tatrzańskiej Szczyrbie. Do dziś pamiętam kamienne prysznice, gdzie o ciepłą wodę, mimo zapewnień personelu, było bardzo trudno. A wyposażenie z kultowym stołem do ping-ponga na pewno pamiętało czasy Gustava
Husaka. Ale żeby było śmiesznie, nasz pensjonat też zatrzymał się w latach 70. Toporne szafy, obdarte szezlongi, wielka wanna w łazience, problemy z odpływem wody. Widać,
że Słowacy prezentują iście stoicki spokój w unowocześnianiu swoich obiektów.
– Uciekajmy w góry – oceniamy zgodnie poranną wizytę w pokojach.

 
Każdy ma w swoim życiu szczyty, na które chętnie wraca. Często trudno nawet racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego jakaś góra tak mocno się do nas przywiązała. Czasami liczy się legenda, wysokość, trudności na trasie czy niesamowite widoki. Ale czasami są to po prostu miłe wspomnienia i niezwykli ludzie, których spotkaliśmy w przeszłości w swoim życiu. Bo jak na przykład wytłumaczyć sentyment do Krywania? Fakt, to narodowa góra Słowaków. My mamy Giewont, oni dostojny Krywań. Ale co poza tym? Góra, na którą każdego letniego dnia wspinają się dziesiątki, jeśli nie setki turystów. Gdzie na szczycie nie można znaleźć wolnego miejsca, a charakterystyczny drewniany krzyż został obfotografowany z każdej strony. Wróciłem na Krywań po ponad dziesięciu latach. Ale miałem czasami wrażenie, że to było wczoraj.
 
Pensjonat pamięta Gustava Husaka
Weekend w Tatrach Słowackich ma być rozgrzewką i treningiem przed wyjazdem w wysokie góry. Scenariusz jest idealnie dopracowany. Wyjazd w piątek po pracy. Pokonanie 600 kilometrów z Poznania do Szczyrbskiego Plesa powinno zająć około ośmiu godzin.
– W końcu jedna trzecia drogi to autostrada – wyliczamy.
Na polskich drogach wszelkie plany biorą jednak w łeb. Korki we Wrocławiu, awaria systemu poboru opłat na autostradzie pod Krakowem i wreszcie roboty drogowe na Zakopiance nawet w nocy stają się uciążliwe. W ten sposób zamiast o północy lądujemy w naszym pensjonacie po drugiej w nocy. Rezerwując nocleg, wyraźnie zaznaczyliśmy, że będziemy późno, ale dla Słowaków nie ma to znaczenia. Przez uchylone okno na parterze słyszymy nasz dzwonek, ale drzwi pozostają zamknięte. Nie mamy wyjścia i w cztery osoby zasypiamy w samochodzie. Budzą nas poranne śmieciarki.
– Dlaczego nie dzwoniliście? – obsługa hotelu udaje zdziwienie. I jak tu dogadać się ze Słowakami… Na szczęście gospodarze rezygnują z opłaty za nocleg, którego nie było.
Przypominam sobie lata 90. Na studiach to człowiek nie myślał o żadnym pensjonacie. Nocowaliśmy na kempingu w Tatrzańskiej Szczyrbie. Do dziś pamiętam kamienne prysznice, gdzie o ciepłą wodę, mimo zapewnień personelu, było bardzo trudno. A wyposażenie z kultowym stołem do ping-ponga na pewno pamiętało czasy Gustava
Husaka. Ale żeby było śmiesznie, nasz pensjonat też zatrzymał się w latach 70. Toporne szafy, obdarte szezlongi, wielka wanna w łazience, problemy z odpływem wody. Widać,
że Słowacy prezentują iście stoicki spokój w unowocześnianiu swoich obiektów.
– Uciekajmy w góry – oceniamy zgodnie poranną wizytę w pokojach.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Słowacja

Zobacz też