Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Islandia / Park Narodowy Skaftafell

Krystyna między lodowcami

NPM 7/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Ewelina Różańska
(fot. Ewelina Różańska )
Islandia to skrawek ziemi, który wydaje się żyć. Tak jak my potrafi tworzyć i niszczyć. Być łagodnym i wściekać się bez powodu. Mimo to nie przestaje przyciągać swoją niezwykłością kolejnych pokoleń podróżników spragnionych spotkań z niezmierzoną siłą i pięknem natury. Bo dzięki tym dynamicznym zachowaniom możemy na własne oczy obserwować niezwykłe procesy geologiczne kształtujące naszą planetę.

Ta mroczna kraina chyba nigdy się nie skończy – wypowiadam na głos myśl, która zapewne od jakiegoś czasu dręczy nie tylko mnie. Nasi austriaccy kierowcy tylko przytakują i pogłaśniają optymistyczną piosenkę w islandzkim radiu. „Feel the rain on your skin…” – śpiewa piosenkarka.
– Bardzo śmieszne – ironicznie komentuje moja towarzyszka podróży Wiktoria.
– Kolejny hit na naszej deszczowej liście przebojów – kwituję, nie mogąc przestać się śmiać. Faktycznie, jak zapewniali nas miejscowi, trafiliśmy na najzimniejsze lato od 30 lat. Żeby zachować pogodę ducha, mogłyśmy sobie jedynie z tego żartować.

Jak w skandynawskim filmie
Wokół rozciąga się księżycowy krajobraz. Ziemia jakby przysypana była koksem i miałem, porośniętym gdzieniegdzie przez poduszkowate mchy i porosty – jedyne organizmy żywe zdolne przetrwać w tym surowym klimacie. Co chwilę przejeżdżamy nad kolejnym korytem roztokowych rzek, które wcinają się w miękkie podłoże i rozlewają po równinie, niosąc ku Atlantykowi zimne wody lodowcowe. Tak wygląda Skeiarársandur – równina sandrowa powstała z nanoszenia przez rzeki osadów piaszczystych z lodowca Vatnajökull. Fenomen tego skrawka lądu polega na tym, że wulkanizm ma swój niemały udział w utworzeniu tego 60-kilometrowego pasa piasku. Mało kto zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że pod lodowcem znajduje się głębokie jezioro. Jednocześnie potężna czapa lodowa przykrywa dwa aktywne wulkany: Grímsvötn i Öræfajökull, w których magma nieustannie topi lód od dołu.
Ciśnienie wody jest tak duże, że co kilka lat musi ona w końcu znaleźć swoje ujście. Wydobywa się na zewnątrz w postaci powodzi glacjalnej, zwanej po islandzku jökulhlaup. Innym razem może zostać wywołana przez erupcję wulkanu, nie zawsze możliwą do przewidzenia mimo stałego monitoringu. Jednak mając nawet taką wiedzę, mieszkańcy nie byliby w stanie nic zrobić wobec siły żywiołu, niszczącego mosty na jedynej drodze łączącej Reykjavik ze wschodem Islandii. Natomiast pozytywnym skutkiem powodzi typu jökulhlaup jest przesuwanie się w głąb oceanu linii brzegowej, dzięki czemu powiększa się powierzchnia tego niewielkiego kraju.
Na horyzoncie coraz wyraźniej zarysowuje się biała czapa lodowcowa. Niczym lukier na cieście oblewa góry grubą warstwą zmrożonego śniegu. Dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie, bo nie jest to powabny lodowiec typu alpejskiego, tworzący się w cyrku u podnóża szczytów, skąd długimi jęzorami przemieszcza się w dół doliny. Na Islandii mamy do czynienia z lodowcami typu skandynawskiego. Ich cechą charakterystyczną jest tworzenie się wypukłych czap, które pod siłą naporu własnej masy i grawitacji przemieszczają lód we wszystkich kierunkach, przelewając się przez szczyty, grzbiety i wciskając się w doliny.
Surowości krajobrazu dopełnia niebo. Nad nami nieprzerwanie od kilku dni wiszą ciężkie, szare chmury. Idealna filmowa sceneria dla thrillera z nutką absurdu, czyli tego, co jest kwintesencją kina skandynawskiego.
Z minuty na minutę jesteśmy coraz bliżej naszego upragnionego celu – lodowca Skaftafell, który dał nazwę parkowi narodowemu obejmującemu niemal połowę powierzchni największego lodowca Islandii – Vatnajökull. Co więcej, „lodowiec wodny”, jak dosłownie tłumaczy się jego nazwę, swoim rozmiarem przegrywa tylko z norweskim Jostedalsbreen, bijąc na głowę wszystkie inne pokrywy lodowe w Europie. Jego rozmiar można porównać mniej więcej do połowy powierzchni województwa małopolskiego.
Nasi kierowcy podwożą nas do samego kempingu Skaftafellsstofa, ulokowanego u podnóża grzbietu oddzielającego Skaftafell od położonego na zachód lodowca Morsárjökull. Płacimy za miejsce, rozstawiamy namiot i gotujemy obiad, czekając na naszych kompanów podróży. Wreszcie jesteśmy w komplecie – pięcioro studentów geografii, przemierzających odległe rejony wyspy. Karolina, Oskar i Piotrek wyglądają na wyczerpanych.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Islandia

Zobacz też