Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Radości tacierzyństwa

Krótki kurs ojcingu

NPM 5/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Grupiński
Im wcześniej, tym lepiej - mówią doświadczeni ojcingowcy (fot. Grzegorz Grupiński)
Wyruszasz pierwszy na szlak. Słońce ledwo co wstało, kiedy rozpoczynasz podejście. Tymczasem z lasu wyłaniają się dwa duchy. Zdyszane niemal zbiegają z góry. Czy wiesz, że to ojcingowcy?

Jeśli od lat chodzisz po górach, a w Twoim życiu „nagle” (czyli po dziewięciu miesiącach oczekiwania) pojawił się mały, wrzeszczący człowieczek, wiesz już, jak to jest. Poczucie obowiązku, chęć bycia z dzieckiem, brak czasu czy… stanowcza małżonka – nieważne, efekt jest ten sam, serce wyje z tęsknoty za górami.

Gdy żona hetera
Z drastycznym ograniczeniem działalności górskiej można radzić sobie na różne sposoby. Niejeden świeżo upieczony ojciec poddaje się, śpiewając z kumplem szantę o refrenie „Gdy żona hetera płynąć w rejs nie pozwala...”.
Można oczywiście, a nawet trzeba, ruszać w góry rodzinną ekipą, nosząc malucha, gdy tylko jego fizjologia na to pozwoli (o wędrowaniu z małymi dziećmi pisaliśmy m.in. w nr. 9/2009 „n.p.m.”: „Nie róbmy z dziecka małego Messnera”). Spójrzmy jednak bolesnej prawdzie w oczy – wyjście na szlak w południe, mały znudzony maruda kiwający się w nosidle, widok na odległe Tatry z łagodnej beskidzkiej ścieżki. Czy to wyczerpuje nasze górskie aspiracje?
U wielu pozostanie niedosyt, a raczej bezkresne morze niespełnienia – za intensywniejszym wysiłkiem, bardziej spektakularnymi wyzwaniami czy dotykiem szorstkiej skały, nie mówiąc o wypróbowanym męskim towarzystwie u boku. Nie każda towarzyszka życia udzieli choćby tygodniowego permitu na „tradycyjny” coroczny, czyli dramatycznie rzadki, męski wyjazd w Gorgany czy Alpy.
Jak więc pogodzić te pragnienia z nowymi, ekstremalnie trudnymi warunkami ich realizacji? Czy istnieje jakiś sposób, żeby nadal konsumować związek z górami, nie zdradzając rodzinnych interesów?

Jak zostałem ojcingowcem
Już trzy miesiące po narodzinach córki ruszyliśmy w góry pierwszy raz w rodzinnym gronie. Wspólnie ze znajomymi, znajdującymi się na tym samym etapie rozwoju podstawowej komórki społecznej, wybraliśmy się do Jurkowa w Beskidzie Wyspowym.
To idealna sceneria do takiego wypadu, nawet jeśli cały tydzień mielibyśmy się byczyć na łąkach nad wsią. Trzymiesięczne dzieci są za małe, by nosić je w nosidle, więc wspólne wędrówki odpadały. Wieczorem dzieciaki szczęśliwie poszły już spać, a raczej – chwilowo spały. Siedzieliśmy nad mapą z kolegą Mariuszem, miny mieliśmy chyba dość smętne. Ten widok musiał poruszyć zatwardziałe serca naszych żon. Wzbudzaliśmy litość. Resztka uczuć, tląca się w nich do ojców ich dzieci, sprawiła, że zrobiło się jakoś rzewnie. Wtedy któraś rzuciła hasło:
– Chłopcy, jak chcecie, to idźcie sobie gdzieś rano…
Popatrzyliśmy na siebie z Mariuszem. Miny jak u recydywistów, którzy nieoczekiwanie dostali długie przepustki. Radość nieco osłabiła wypowiedź drugiej żony:
– Pewnie, tylko wróćcie na śniadanie. I kupcie świeże bułeczki!
To chyba miało być pozwolenie na „mission impossible”. Ale myśmy już wiedzieli, że to zrobimy.
Postawione warunki były wymagające, więc plan działania musiał przypominać precyzyjnie dopracowany scenariusz blitzkriegu. Przed snem przygotowanie kanapek i herbaty do termosu. Pobudka o koszmarnie wczesnej godzinie. Szybka kawa i wymarsz. Ekstremalnie szybkie podejście niebieskim szlakiem na Ćwilin (1072 m n.p.m.). Ceremonialne śniadanie na podszczytowej polanie z widokiem na Gorce. Błyskawiczne zejście do Jurkowa. Wizyta w piekarni.
Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Odkryliśmy dla siebie nowy sport ekstremalny – ojcing.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też