Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Gerlach

Król pod rządami kobiet

NPM 9/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Paź-Kerner
(Fot. Daniel Przewoźny)
Stawiając stopę na pochyłej powierzchni, wcale nie mam pewności, czy zaraz nie zjadę. Już na początku wspinaczki dostrzegam, że cała ta wyprawa oparta jest na bezgranicznym zaufaniu do zupełnie obcej osoby, która pełni funkcję lidera. To ona trzyma początek liny, decyduje, którędy mamy iść. Ale tutaj nie ma wyboru. 

Koncepcja wejścia na Gerlach pojawiła się nagle. To był jednorazowy impuls, który wkradł się w nasze myśli, kiedy wracaliśmy z trekkingu na Ararat (5137 m n.p.m.). Pojedyncze zdanie z luźno rzuconym pomysłem na kolejną wyprawę rozwlekło się na długą dyskusję podczas powrotu z Turcji. Już w samolocie uformowała się grupa gotowa na kolejne górskie wyzwania. Zaczęliśmy od ustalenia terminu i znalezienia przewodnika. Poszło całkiem gładko, jak się później okazało – zbyt gładko. Znajomy znajomego, przewodnik, który miał nas zaprowadzić na szczyt, zmienił finansowe warunki tuż przed planowaną wyprawą.
– Bo termin, bo pogoda, bo pozwolenia na dojazd do schroniska wydawane są na innych zasadach – tłumaczył nam przez telefon.
Dlatego obowiązki dnia codziennego przeplatają się nagle z intensywnym poszukiwaniem osób poważnych, kompetentnych i posiadających uprawnienia odpowiednie do tego, żeby poprowadzić nas na najwyższy tatrzański szczyt. Niestety, na kilka dni przed planowanym wejściem jest to zadanie wręcz niewykonalne – tym bardziej że mamy pełnię sezonu. Sprawa komplikuje się jeszcze dodatkowo, kiedy analizujemy sytuację na szlaku. Chociaż jest lipiec, w najwyższych partiach gór wciąż zalega śnieg. Warunki są dalekie od idealnych i ustalamy, że na naszych sześcioro uczestników potrzebujemy nie dwóch, ale trzech obeznanych z tematem opiekunów. W końcu nasza determinacja zostaje nagrodzona i gorączkowe poszukiwania wieńczy sukces.

Odrobina luksusu
Nadchodzi wreszcie ten długo oczekiwany skrupulatnie planowany dzień. Na szlak mamy wyjść wcześnie rano, więc decydujemy się na nocleg w hotelu górskim Śląski Dom (1667 m n.p.m.). Tym samym, który w 1995 roku gościło papieża Jana Pawła II. Ale to było jeszcze przed remontem. Choć przejrzałam wcześniej zdjęcia obiektu umieszczone na stronie internetowej, na taki luksus nie jestem przygotowana. Jacuzzi, sauna i przeszklony rest room z widokiem na wodospad to atrakcje, których w górach do tej pory nie uświadczyłam. Ale absolutnie nie mam zamiaru narzekać na zaistniałe warunki. Leżąc na drewnianym leżaku i podziwiając piękne widoki za oknem, mam przez chwilę wątpliwości, czy na pewno chcę kolejnego dnia wyjść na szlak. Luksus mnie rozleniwia, na szczęście tylko na chwilę. Wieczorem bez żalu nastawiam budzik na czwartą rano.
Przewodnicy pojawiają się punktualnie. Słońce dopiero budzi się ze snu i leniwie zabiera do pracy. Nie ma jednak jeszcze w sobie tyle mocy, by wygonić z trawy poranną rosę. Pojedyncze krople wody iskrzą więc, oświetlone delikatnymi promieniami, niczym drogocenne kamienie. Odchodzę na chwilę od grupy i robię kilka panoramicznych zdjęć okolicy. Dolina Wielicka otulona płaszczykiem porannej mgły wygląda obłędnie. Powietrze jest rześkie i raczej chłodne. Wystarczy chwila postoju, a czubki palców i koniuszek nosa mam zaczerwienione od zimna. Idziemy wzdłuż Wielickiego Stawu, lekki wiatr niebezpiecznie śwista mi w uszach. Nie zabrałam czapki, przez chwilę pojawia się myśl, czy nie będzie z tego nieprzyjemnych konsekwencji. Nie chcę, by radość z wchodzenia przyćmił mi uporczywy ból głowy.
 
 
(…)
 
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

W numerze ponadto rozmowa z przewodnikiem IVBV i ratownikiem TOPR – Andrzejem Miklerem