Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Madagaskar / Masyw Andringitra

Król Julian na drodze do nieba

NPM 12/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Krzysztof Feluch
(fot. Krzysztof Feluch)
Budzę się przed budzikiem, dochodzi siódma. Wychodzę z moskitiery. Za oknem hotelu pełne słońce, ale w pokoju jest najwyżej 15 stopni Celsjusza. To nie jest temperatura, która kojarzy mi się z Madagaskarem. A może po prostu to już nie są tropiki? Jesteśmy prawie pod Zwrotnikiem Koziorożca, do równika stąd daleko. Ale przynajmniej nasz hotel nazywa się „Tropic”.

Wczoraj wieczorem po siedmiogodzinnej podróży przyjechaliśmy do Ambalavao, niewielkiego miasteczka położonego na Płaskowyżu Centralnym Madagaskaru, zajmującego całe wnętrze wyspy. Nasz tropikalny hotel opuszczamy zaraz po śniadaniu i czekamy na Jeana Baptista z agencji trekkingowej, z którym kontaktowaliśmy się jeszcze z Polski.
Nasz przewodnik okazuje się niewysokim Malgaszem. Usprawiedliwia trochę swój słaby angielski, ale moim zdaniem mówi wystarczająco dobrze. Od razu sugeruje, że jeżeli naprawdę zależy nam na zobaczeniu lemurów, to najlepiej, żebyśmy zostali na jedną noc dodatkowo w dolinie Tsaranoro. A lemury to jeden z ważniejszych powodów, dla których przylecieliśmy na Madagaskar.

Droga niedostępna nawet dla terenówek
Pierwsza część naszej podróży to przejazd 47 kilometrów samochodem terenowym. Jedziemy doliną Namoly do Parku Narodowego Andrinigitra, którego nazwa pochodzi od masywu górskiego leżącego na jego terenie. Za oknem typowe krajobrazy centralnej wyżyny. Doliny, porośnięte trawą zbocza, czasami pola ryżowe. Rzadko pojedyncze drzewa, jeszcze rzadziej wioska. Przed domami suszą się ziarna ryżu, kłębią się dzieci, radośnie do nas machając. Ale to tylko pozory, które pozwalają zapomnieć, że jesteśmy w jednym z najbiedniejszych krajów świata.
Kiedyś ta wyżyna była pokryta lasem tropikalnym – teraz wykarczowanym i wypalonym przez człowieka. Niestety, dziś Płaskowyż Centralny jest najuboższym w roślinność rejonem wyspy, na której przecież występuje ponad 1000 gatunków orchidei! Dominują łąki zniszczone przez gospodarkę. Sadzi się w niektórych miejscach mimozy i eukaliptusy, które mają chronić glebę przed degradacją rolniczą, ale i to chyba na niewiele się zdaje.
Prawie w ogóle nie jeżdżą tu samochody. O trudnej rzeczywistości przypominają grupki idących drogą miejscowych, kobiety obowiązkowo z pakunkami na głowach. Czasami ktoś przejedzie na rowerze. Droga jest w tak kiepskim stanie, że nie przejadą tu nawet busiki zwane taxi-brousse. Pora deszczowa, trwająca od grudnia do kwietnia, niszczy lokalne drogi, żłobiąc w nich głębokie jary i wypłukując nawierzchnię. W tym czasie nawet dobry samochód terenowy może się tędy nie przedrzeć.

Wakacje na dwa i pół roku
W końcu docieramy do biura parku narodowego, gdzie dołącza do nas oficjalny przewodnik. Ma na imię Justin. Z Ambalavao jedzie z nami też przewodnik z biura trekkingowego – Angelo – oraz dwóch tragarzy. Oprócz mnie i Donaty jest jeszcze jeden klient – Juan z Portoryko. Po skończeniu medycyny na Hawajach i praktykach w szpitalu postanowił zrobić sobie wakacje przed pracą zawodową. I tak już od… dwóch i pół roku jeździ po świecie.
Dzisiejsza nasza trasa nie jest długa, liczy niewiele ponad 8 km. To zaledwie dwie i pół godziny marszu. Wchodzimy do lasu, choć to raczej niskie i gęste zarośla. Jakiś kilometr w bok widać dwa wodospady spadające z krawędzi wyżyny. My wychodzimy na płaskowyż, z którego wyrastają skalne zbocza gór. Dochodzimy do obozu Andrampotsy (2100 m n.p.m.). Są tu dwa szałasy przeznaczone na kuchnię i dużo miejsca na namioty. Coraz bardziej pada, więc chowamy się do jednego z szałasów. Zanim przyjdą tragarze i wrócą z drewnem na ognisko, robi się naprawdę zimno. Patrzę na Juana w krótkich spodenkach i trampkach. Nie wiem, czy bardziej z podziwem, czy raczej zdumieniem, że tak ubrany wybrał się w góry. Dobrze, że ma do tego cieplejszą kurtkę.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Madagaskar

Zobacz też