Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Chile

Kroki do samopoznania

NPM 2/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Magdalena Prask
Nad Jeziorem Chungara góruje pokryty śniegiem wulkan Parinacota (6330 m n.p.m.), kształtem przypominający niemal idealny stożek (fot. Magdalena Prask)
Jestem w Patagonii, gdy dostaję od Jacka maila: Spotykamy się w Quito w Ekwadorze za tydzień. Mam do przejechania prawie pięć tysięcy kilometrów przez Amerykę Południową. Szybko kalkuluję i oceniam, że zdążę jeszcze odwiedzić przepiękny Park Narodowy Lauca, którego podczas ostatniego pobytu w Chile nie dałam rady zobaczyć. Taka okazja może się już nie powtórzyć.

Rok temu przyjechałam do Ameryki Południowej, by zdobyć jej najwyższy szczyt – Aconcaguę. Wtedy dość sprawnie poszła nam wspinaczka i, mając jeszcze dużo wolnego czasu, wybrałam się na północ, na pustynię Atakama. Ten górzysty region zauroczył mnie od pierwszej chwili. Obszerne puste przestrzenie, wielokolorowe jeziorka, górujące nad okolicą wulkany, aktywne pola geotermalne i urokliwe wioski. Wtedy na czterodniową wycieczkę z San Pedro de Atacama wybrałam się z lokalną agencją turystyczną. Było uroczo i bezpiecznie.

Ku przygodzie
Teraz, wysiadając z wygodnego chilijskiego autobusu w Arica, mam już w teorii opracowany plan działania. W celu uzyskania szczegółowych informacji o Parku Narodowym Lauca udaję się do biura CONAF, organizacji opiekującej się wszystkimi parkami narodowymi w Chile. Niestety, pracownicy nie okazują się zbyt pomocni. Potwierdzają jedynie informacje, które już mam.
– Tak, CONAF ma Refugio nad Lago Chungara. Jest też schronisko w Parinacota. Można tam skorzystać z noclegu – upewniają mnie.
Niestety w kwestii dojazdu na teren parku nie są w stanie mi pomóc. W tym celu idę do centrum Arica i odwiedzam kilka firm transportowych. Jak się okazuje, tylko jedna linia prowadzi kursy, przy tym tylko dwa w tygodniu, w interesujący mnie region. Ale ja nie mogę czekać nawet dnia. Postanawiam działać na własną rękę.
Wczesnym popołudniem bez większych problemów wydostaję się z miasta lokalnym mikrobusem. Dojeżdżam do małej wioski Pancochile zlokalizowanej tuż za granicami Arica, przy międzynarodowej drodze Ruta 11. Poza zabytkowym kościołkiem i osobliwym cmentarzem nie ma tu nic ciekawego. Zgodnie z moją transportową strategią, ma to jednak być dobry punkt do dalszej podróży. Zmuszona okolicznościami, właśnie tutaj chcę złapać „stopa” do oddalonego o 145 kilometrów Parku Narodowego Lauca.
Jadąc mikrobusem, orientuję się, że z tym „stopem” będzie ciężko. Drogą Ruta 11 prawie nic nie jeździ. A jeżeli już coś raz na kwadrans jedzie, jest to duża ciężarówka transportująca ogromny ładunek.
Łatwo się jednak nie poddaję. Po zrobieniu zdjęć kościółka w Pancochile staję odważnie przy drodze. Zakładam, że jeśli przez kilka godzin nic nie złapię, mogę stąd bezpiecznie wrócić mikrobusem do Arica.
Upał niemiłosierny. Staję na zakurzonej drodze i wypatruję jakiegokolwiek pojazdu jadącego w moim kierunku. Z uwagi na mały ruch postanawiam łapać co się da. W tej sytuacji nie wzgardzę nawet furmanką. Macham i po dziesięciu minutach zatrzymuje się TIR. Auto jest tak potężne, że problemem staje się już samo wejście do kabiny.
Wiem, że nie jest rozsądnie samotnie jeździć autostopem po Ameryce Południowej. I nikomu bym tego nigdy nie zalecała. Sama jednak zdecydowałam się na to ryzyko, wychodząc z założenia, że kierowca takiej ciężarówki raczej nie będzie szukał przygód, mając za zadanie dowieść swój ładunek w określone miejsce i w określonym czasie. Jak się okazuje już po raz kolejny, mam w swych podróżach szczęście do ludzi.
Kierowca – Chose – jest Boliwijczykiem i transportuje właśnie bardzo cenny ładunek z Santiago de Chile do La Paz. Ma za sobą już wiele tysięcy kilometrów i jeszcze bardzo dużo do przejechania. Moje szczęście polega na tym, że nie dość, że spędzę podróż w miłym towarzystwie, to jeszcze zostanę dowieziona dosłownie pod drzwi schroniska górskiego nad Lago Chungara, dokąd zamierzałam dotrzeć i spędzić pierwszą noc.
Podróż z Pancochile do Lago Chungara to przygoda sama w sobie. Startując z nisko położonych terenów nadmorskich, droga na odcinku 150 kilometrów wspina się na wysokość około 4500 m n.p.m. Pokonanie tego dystansu i przewyższenia zajmuje nam prawie pięć godzin. Wspinamy się na Altiplano – najwyższą na świecie wyżynę położoną poza Tybetem. Dominującymi punktami krajobrazu są tu olbrzymie wulkany Parinacota i Pomerape, czczone przez mieszkańców andyjskiego płaskowyżu jako bóstwa. Niesamowita trasa – cały czas spirala do góry. Dla normalnego turysty taki podjazd może się zakończyć ostrymi objawami choroby wysokogórskiej. Ja jednak jestem zaaklimatyzowana: w ciągu ostatnich miesięcy zdobyłam wiele andyjskich szczytów, w tym wulkany Villarrica i Lanin.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też