Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Krok po kroku, metr po metrze

NPM 4/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Anna i Wiktor Jesionek
Na szczycie Rysów – zwieńczenie naszej miesięcznej wędrówki (fot. Anna i Wiktor Jesionek)
Szacując wysiłek potrzebny do zdobycia góry, zwraca się zwykle uwagę na jej wysokość nad poziomem morza, ów nieodłączny „n.p.m.”. Rzadko kto się jednak zastanawia, z jakiego poziomu zdobywa szczyt. Standardowe podejście na Mont Blanc (4810 m n.p.m.) rozpoczyna się zazwyczaj od wjazdu kolejką do podnóża góry znajdującego się na wysokości 2372 m n.p.m. A to oznacza 2438 m podejścia. Porównywalnie do zdobycia Rysów (2499 m n.p.m.), prawda? Oczywiście Rysów od zera, czyli z poziomu morza.

W ramach swojej poślubnej wędrówki postanowiliśmy się przekonać, jak to jest zdobyć najwyższy szczyt Polski w najbardziej prawidłowy sposób, czyli od zera. Od szczytu, który z miejsca naszego startu wydawał się położony nie tyle wysoko, ile daleko – dzieliło nas prawie 1000 kilometrów pól, lasów, jezior, miast i miasteczek. Założenie było proste: całą drogę chcieliśmy przejść na piechotę, nie korzystając z żadnego środka transportu. Krok po kroku, metr po metrze. Po ponad miesiącu doszliśmy do celu.

Pielgrzymkowa asfaltówka
Wędrówkę rozpoczynamy z Helu (0 m n.p.m.), dołączając do Pieszej Pielgrzymki Kaszubskiej, zmierzającej do Częstochowy. Chcemy choć raz w życiu zaznać uroków tradycyjnego polskiego pielgrzymowania. Uroków, czyli jak się później okazuje: siedmiu pacierzy dziennie, piosenek z nurtu sacro polo dobijających się do uszu, uciążliwego dla stóp asfaltu i dotkliwego braku ciszy.
Już pierwszego dnia się przekonujemy, że fizyczne zmęczenie nam nie grozi: na każdą godzinę przemarszu przypada niemal tyleż postoju, a przerwy bywają częste. Co więcej, są to przerwy jedynie na wypoczynek, bo podczas pielgrzymki nie ma czasu na zwiedzanie zabytków, z wyjątkiem wiekowych, malowniczych kościołów. To daje nam czas na przyjrzenie się osobom, z którymi idziemy. A że pielgrzymi bywają specyficzni, o tym nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Typowego turysty nie przypominają: zazwyczaj chodzą w sandałach; a jak w sandałach, to tylko w skarpetkach, najlepiej wełnianych, mimo lejącego się z nieba żaru. Jeśli skarpetki na odbicia nie pomogą, zawsze można spróbować patentu z włożeniem podpaski pod piętę – a nuż się sprawdzi? Pomimo obtartych stóp, pęcherzy, odcisków czy, jak zwykło się mawiać w pątniczym żargonie, „asfaltówki” (wysypki powstającej podczas długiego narażenia się na kontakt z rozgrzanym asfaltem i kurzem) pielgrzymka prze uparcie do przodu. Świątek, piątek czy niedziela. A my wraz z nią.
Spotkania zarówno z uczestnikami pielgrzymki, jak i z przyjmującymi nas na noclegi gospodarzami są niewątpliwie największą zaletą pierwszego etapu naszej drogi. O takie spotkania trudno podczas zwykłej wycieczki czy rajdu. Całą galerię ludzkich typów można by wymalować.
Oczywiście najbardziej rzucają nam się w oczy ci najbardziej gorliwi. Wrażenie robi zwłaszcza relacja pewnego bywałego na pątniczych szlakach uczestnika, który nie kryjąc zachwytu, mówi:
– Szedł raz na końcu pielgrzymki taki, który żył tylko o chlebie i wodzie. Klękał przed każdą kapliczką, odmawiał modlitwę i jeszcze grupę dogonił!
Nasz interlokutor chełpi się tym, że jego bagaż kosztował zaledwie kilkanaście złotych: ot biała chusta na głowę z tetrowej pieluchy i ekotorba z marketu. Wesoło? No cóż, na pielgrzymce nie ma miejsca na nudę.
Oprócz tych, od których zapał aż bije, z grupą podąża wiele osób z dystansem odnoszących się do pielgrzymkowych mód i rygorów – do tych nam zdecydowanie bliżej.
Spektrum motywacji do podjęcia pielgrzymki bywa bardzo szerokie. Prawie każdy wyrusza z jakąś intencją, w większości – z prośbą. Inni, podobnie jak pewien góral z Beskidu Żywieckiego, który zapytany o powód swego pielgrzymowania, odpowiada krótko: podziękować. Część osób chce sprawdzić swoje siły na długim dystansie – jest wśród nich Andrzej z Tarnowskich Gór, który pokonał uprzednio na raty Główny Szlak Górski, oraz Agnieszka z Sosnowca, dla której wprawdzie pielgrzymki to nie pierwszyzna, lecz ta najdłuższa, kaszubska, stanowi dla niej osobiste wyzwanie. Są też stali bywalcy, którzy od wielu lat, rok po roku, udają się w tę samą drogę – z przyzwyczajenia, by pełnić powierzoną funkcję, czy też dla towarzystwa. Wszyscy oni, a my wraz z nimi, podążają w tym samym kierunku – na Jasną Górę, do Częstochowy.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też