Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Kraina bez stonki

NPM 10/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Rzeczycki
()
Nazywano je śląskimi Bieszczadami, mimo że nigdy nie było w nich takich tłumów jak w Bieszczadach. Uważano, że są osobnym pasmem, choć stanowią tylko południowy fragment Gór Złotych. Góry Bialskie, bo o nich mowa, niby niczym specjalnym się nie wyróżniają. To kopulaste, zalesione wzniesienia, jakich niemało w Polsce, przekraczające 1100 m n.p.m. A jednak mają w sobie coś, co przyciąga.  

Byłem w nich niejeden raz. Pamiętam zwłaszcza eskapadę z końca października 2000 roku. Był to jedyny sezon, w którym kursował nocny pociąg do Stronia Śląskiego. Wyprawa koleją trwała całą noc, z przesiadkami we Wrocławiu i Kłodzku Mieście. Potem jeszcze na półśpiąc przejazd do Stronia Śląskiego, gdzie trzeba było wysiąść bodajże po drugiej w nocy i doczekać do pierwszego autobusu PKS do Bielic. Te godziny do szóstej rano należały do mniej przyjemnych. A potem wreszcie PKS, który w Bielicach wyrzucił mnie niemalże na końcu świata. Można było odnieść wrażenie, że autobus, by zawrócić, musiał wjechać na czyjeś podwórko. Nie było tam nawet pętli.
 
Biała Lądecka cała w mostach

Tym razem czekała mnie kilkugodzinna wędrówka, częściowo zielonym szlakiem, częściowo wzdłuż granicy państwa, potem przez Puszczę Śnieżnej Białki i Rudawiec w kierunku Przełęczy Płoszczyna. Ruszam z samego rana. Dokoła pusto, po drodze żadnego turysty. I tylko odgłosy piły spalinowej świadczą, że drwale pracują tu nawet w sobotę.
Idę z przystanku PKS. Początkowo asfaltem, zostawiając za sobą już dawno podupadłe Bielice. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to kamienne podmurówki przyczółków po dawnych mostkach nad Białą Lądecką. Jest ich tu prawdziwe zatrzęsienie. Myślę, że w całej wiosce musi ich być z kilkadziesiąt. Zapewne przed dziesięcioleciami górale dostawali się przez nie do swoich pól czy łąk, leżących po drugiej stronie rzeczki. A potem przestały być potrzebne.
Wybrana przeze mnie trasa wiedzie cały czas doliną Białej Lądeckiej. Pnie się mozolnie pod górę. W pewnym momencie drogi się rozwidlają. Chwila namysłu i wybieram tę prowadzącą bardziej w lewo. Jestem już głęboko w lesie. Idę dalej i po chwili dochodzę do małego mostku. Czas na krótki postój. Jedząc kanapki, przypominam sobie opowieść znajomego, który mówił mi, że zdarzają się tu zimy, gdy spada tyle śniegu, że poręcze mostka są zupełnie przykryte białym puchem. Doprawdy trudno to sobie wyobrazić, stojąc na nim w piękny, słoneczny dzień.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też