Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Retyckie

Kontrabandy to już historia

NPM 5/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Daniel Przewoźny
Okazały Bürkelkopf (3033 m n.p.m.) na granicy Szwajcarii i Austrii ( FOT. daniel przewoźny)
Myślisz „Szwajcaria” i od razu jednym tchem wymieniasz najsłynniejsze szczyty, takie jak Matterhorn czy Eiger. Ale Alpy w tym kraju to nie tylko sławne góry i kryjące tajemnice lodowce. To także położone na uboczu pasma idealne dla rodzin z dziećmi. Taki jest właśnie region Samnaun, oblężony zimą, ale zapomniany latem.

Podróż z dziećmi w Alpy to małe wyzwanie. Trzeba ogarnąć logistykę, zaplanować podróż, znaleźć odpowiednią kwaterę. To już nie te czasy, kiedy brało się dwuosobowy namiot, wsiadało w auto i jechało na pełen żywioł. Z dwójką kilkuletnich dzieci nie pokona się tysiąca kilometrów autem z jednym postojem. Nie wejdzie się też na czterotysięczniki. Ale to nieważne. Z dziećmi można przecież zdobywać niższe góry.
Najpierw zatrzymaliśmy się w austriackiej dolinie Zillertal. Kilka dni trekkingu z atrakcjami typu basen i kolejka górska przyniosło wszystkim wiele radości. Później przenieśliśmy się w tyrolski rejon Achensee. Wejście na Bärenkopf (1991 m n.p.m.) to już było coś dla dwuletniego brzdąca, nawet kiedy zdobywa góry w nosidełku. Bajkowe pejzaże największego jeziora w regionie – Achensee – na długo pozostaną w naszej pamięci. Ale głównym celem naszej podróży po Alpach jest tym razem Samnaun, szwajcarski kurort położony na granicy trzech państw: Szwajcarii, Austrii i Włoch.

Mechanikowi mówimy „nein”
Z Tyrolu do Samnaun mamy tylko 160 kilometrów. Wyjeżdżamy jednak późnym popołudniem, więc trochę się denerwujemy, czy dotrzemy na miejsce przed zmrokiem. Dodatkowo z niepokojem patrzymy na tablicę rozdzielczą swojego pożyczonego samochodu. Co chwilę zapala się tam niepokojąca czerwona lampka. Nie pomaga nawet dolewanie oleju, który kupujemy od przygodnego mechanika samochodowego w miejscowości Landeck. Lokalny przedsiębiorca ma żyłkę do interesów, bo próbuje mnie naciągnąć na szybki przegląd auta.
– Nein, danke! – nawet stanowczy ton głosu nie zraża fachowca, który już chce się zabierać do oglądania podwozia.
Trochę czasu nam zajmuje, zanim daje się przekonać, że naprawdę nie jesteśmy tym zainteresowani.
Końcowy fragment drogi do Samnaun- -Dorf jest atrakcją samą w sobie. Wąska droga wije się stromo ku górze nad przepaściami. Jestem pełen podziwu dla kolarzy, dla których w 2002 roku Samnaun znalazł się na trasie Tour de Suisse. Drugie miejsce w wyścigu zajął wtedy Piotr Wadecki, co jest prawdopodobnie największym polskim sukcesem w historii tych zawodów. Nie jest to co prawda morderczy Tour de France, ale pokonywanie szwajcarskich przełęczy stanowi spore wyzwanie dla każdego zawodnika. Musimy także mocno uważać w tunelach, w których jest miejsce tylko na jeden samochód. Na szczęście wjeżdżając do środka, widzę drugi koniec, więc mam pewność, że ominą mnie spotkania trzeciego stopnia z innym samochodem. Dzieciaki są zachwycone, co chwilę słyszę ich słowa zachwytu. Tylko żona jest jakaś nerwowa przez te serpentyny.
– To jak koniec świata – Ania surowo ocenia sytuację, ale zachwyt dzieci rekompensuje wszystko.
Niepostrzeżenie znajdujemy się na wysokości ok. 1840 m n.p.m. Pierwsze kroki w Samnaun-Dorf kieruję do centrum turystycznego; sprawdzam pogodę, kupuję mapę. Niestety, prognozy nie są optymistyczne. Na termometrze zaledwie cztery stopnie i ma padać.
– A mogliśmy się wygrzewać w upalnym słońcu nad Gardą – czytam w myślach swojej żony, której gęste chmury i przenikliwe zimno, choć to lato, odebrały wszelką chęć do życia.
Na szczęście apartament szybko wynagradza nam psychiczny spadek formy. Załatwiam kilka formalności z właścicielem pensjonatu. Otrzymuję „Gästekarte”, która gości zameldowanych w Samnaun uprawnia do darmowego poruszania się kolejkami i wyciągami na Silvretta Arena oraz do wstępów na basen i zniżek w okolicznych sklepach. Żona już ma lepszy humor.

Intruz nadchodzi
Niepewna pogoda sprawia, że decydujemy wspólnie, iż tym razem w góry pójdę sam. Żadna to dla dzieci atrakcja wędrować w rzęsistym deszczu, który grozi z nieba w każdej chwili. Pakuję do plecaka ciepłą odzież, termos oraz dodatkowy bandaż, na wypadek gdyby moje kontuzjowane kolano odmówiło posłuszeństwa. Pobłogosławiony przez resztę rodziny ruszam na trasę.
Niestety, spóźniam się na lokalny autobus, dlatego muszę zejść dwa kilometry do pobliskiego Ravaisch, gdzie wsiadam do kolejki linowej Twinliner, która wiezie mnie na przełęcz Alp Trider Sattel (2488 m n.p.m.). Jak się okazuje, jadę pierwszą na świecie dwupiętrową kolejką kabinową, która równocześnie może pomieścić 180 osób. Jej moce przerobowe robią wrażenie. Kolejka pokonuje odcinek 2,3 kilometra przy 722 m różnicy wzniesień, przewozi około 1620 osób na godzinę. Ale rekordy frekwencji bije zimą, gdy korzystają z niej amatorzy białego szaleństwa; teraz jestem jednym z nielicznych pasażerów.

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też