Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Grossglockner

Komu bije dzwonnik?

NPM 6/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Marek (Prezes) Bańczyk, Tomasz (Kierownik) Achrem
()
Przychodzą SMS-y. Najpierw z nich żartujemy, ale potem ktoś dzwoni do Polski. Powoli wyłania się skala dramatu. Pięciu Polaków idących na wspólnej linie ześlizgnęło się z lodowca pod Grossglocknerem i wpadło w szczelinę. Dwóch lub trzech nie żyje. Stało się to dokładnie w tym samym czasie, gdy my tam byliśmy.  

Ogra­ni­czę się do wpro­wa­dze­nia w or­ga­ni­za­cję i kli­mat, a da­lej po­pro­wa­dzi Pre­zes. Je­ste­śmy zwy­kły­mi ludź­mi, któ­rzy ja­dą w gó­ry. Nie po raz pierw­szy, ale też nie po raz ty­sięcz­ny. Ja­dą i już. I tu waż­na na­uka z na­sze­go wy­jaz­du. Od­ra­dzam po­dob­nym lu­dziom wy­pra­wy na gó­ry w ty­pie „Blan­ka”, El­bru­sa czy Gross­glock­­ne­ra. Ich naj­więk­szą wa­dą jest by­cie „naj”. To dzia­ła na lu­dzi jak ża­rów­ka na mu­chy. Praw­dzi­wych przy­jem­no­ści do­zna­je­my zaś nie w tłu­mie, lecz w mniej­szych ze­sta­wach. Tra­gicz­ne przy­pad­ki z tych gór są, oczy­wi­ście, szcze­gól­nie na­gła­śnia­ne przez me­dia, cho­ciaż na każ­dej, na­wet bez­i­mien­nej gó­rze o wy­pa­dek nie­trud­no. Po­płoch bu­dzą ta­kie pla­ny, zwłasz­cza w sze­re­gach na­szych dziew­czyn, żon, sióstr, babć i ma­tek. Le­piej je­chać w bli­żej nie­okre­ślo­ne Al­py, niż na kon­kret­ny, po­pu­lar­ny szczyt. A na ten kon­kret­ny szczyt i tak wejść moż­na! Pro­po­nu­ję po­dej­ście ro­syj­sko­‑bud­dyj­skie: mniej mó­wisz – da­lej bę­dziesz. Ale – do rze­czy.
W sło­necz­ny, sierp­nio­wy pią­tek ro­ku 2007, pra­ce skoń­czyw­szy kie­row­ni­cze, wra­cam do do­mu ro­dzin­ne­go, jem ko­la­cję, ale nie za­sy­piam. Na­wo­łu­je mnie klak­so­nem cze­ka­ją­cy już ja­poń­ski sa­mo­chód. Za­rzu­cam na ra­mię ple­cak z ze­sta­wem że­la­stwa i zbie­gam po scho­dach. Na do­le cze­ka­ją Me­ce­nas, Pre­zes i Dok­tor. Ru­sza­my w stro­nę cze­skiej Pra­gi po od­biór Me­ne­dże­ra. Żo­na Me­ne­dże­ra wi­ta nas po­ran­ną ka­wą. Prze­pa­ko­wu­je­my się do sa­mo­cho­du szwedz­kie­go – ma wię­cej miej­sca dla nóg. Niech ży­je wol­ność, wol­ność i swo­bo­da. Co się dzie­je da­lej – po­wie Pre­zes.
 
Dzień ze­ro
Na dzwon­ni­cę, nie na lam­pę

Z te­go, co się orien­tu­ję, je­dzie­my na gó­rę Dzwon­nik Wiel­ki. Cie­ka­we, ja­ką nam wy­gra me­lo­dię. Wy­pa­ko­wu­je­my ścierp­nię­te fla­ki z sa­mo­cho­du pro­sto na po­lan­kę kem­pin­gu w He­ili­gen­blut (1288 m n.p.m.). Szu­kam przy­miot­ni­ka do opi­su po­go­dy. Wy­cho­dzi mi cza­sow­nik: nie ma. Po­go­da zni­kła. Ni­by wszyst­ko wi­dać: i Wy­so­kie Tau­ry w gó­rze, i strze­li­sty ko­śció­łek w do­le. Wi­dać, ale ja­koś nie­wi­docz­nie. Zo­sta­je­my na zie­lo­nym pod­nieb­nym dy­wa­nie po­lan­ki. Tak by­ło w przed­szko­lu: fil­co­wa wy­kła­dzi­na, wko­ło wy­so­kie, no – nie Tau­ry, ale – sza­fy. Wła­zi­ło się na nie. A Pa­ni gro­zi­ła pal­cem i mó­wi­ła:
– Ale już na dół! Mo­że na lam­pę jesz­cze wle­ziesz!? – Mo­że.
Tym ra­zem wła­żę na ja­kąś gór­ską dzwon­ni­cę. Nad po­lan­ką zga­sło świa­tło, le­je. Od­daj­my głos kla­sy­ko­wi:
– Nie­wy­ko­rzy­sta­ne sy­tu­acje się msz­czą – Da­riusz Szpa­kow­ski, „Dzie­ła ze­bra­ne”. Trze­ba by­ło po­wbi­jać te śle­dzie i szpil­ki od ra­zu po wy­pa­ko­wa­niu ciał z au­ta. Pa­ster­skim zwy­cza­jem chro­ni­my się w szo­pie w to­wa­rzy­stwie sta­re­go Mas­seya Fer­gus­so­na. W knaj­pie wła­ści­ciel kem­pin­gu po­zdra­wia nas ba­war­skim „Grüss Gott!”. Wy­glą­da jak Vlad Dra­cu­la, ale swo­ją nie­na­chal­ną przy­ja­zno­ścią i sło­necz­no­ścią du­cha zwa­la z nóg. Po­dob­nie jak trun­ki, któ­re nam ser­wu­je. Ja­kaś blond He­idi, mo­że je­go cór­ka, przy­no­si je­dze­nie. Za­pi­ja­my pie­czeń z je­le­nia pi­wem nie­kla­row­nym. Za­pić nie­pew­ność przed wyj­ściem na front. Sta­ra żoł­nier­ska za­sa­da.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też