Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Ałtaj

Klub Smaków Azji

NPM 4/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Wojciech Paczos
Szerokie doliny, zielone łąki i skalne szczyty. Łagodny krajobraz Ałtaju urzeka i zachwyca ( FOT. MACIEJ JANKOWSKI I WOJCIECH PACZOS)
Przed wyprawą w skalno-lodowy Tien-Szan chcieliśmy zrobić rozgrzewkę w górach lekkich, łatwych, przyjemnych i zielonych. Kazachski Ałtaj wypadał idealnie po drodze. Tym bardziej, że nic o tych górach nie wiadomo!

Zielony Ałtaj kusił nas od dawna. Prawdziwie dzikie góry, pasterze, gotowaniu przy ognisku i przyprawianie obiadu własnoręcznie zebranymi ziołami – slajdowiska i opowieści rozpalały wyobraźnię. Niestety, logistyka naszej wyprawy do Azji Centralnej wykluczała odwiedziny przetartych szlaków na północ od Biełuchy. Pozostawał jedynie rejon południowy, za granicą Kazachstanu. Tamtejszy rejon był niegdyś intensywnie eksploatowany górniczo, stąd nazwa tego pasma – Ałtaj Rudny.

Marihuana na szlaku
W podróży kolejnymi pociągami spędziliśmy łącznie siedem dni. Pokonując
kolejne strefy czasowe i obserwując za oknem mało urozmaicony krajobraz, założyliśmy Klub Smaków Azji. Klub zyskał statut, odbyły się nawet wybory prezesa. Jednogłośnie został nim Śpiewan w uznaniu za brawurowe spałaszowanie gotowanego raka w całości, łącznie z jelitami. Przystąpiliśmy więc do działania. A okazji ku temu było mnóstwo! Każda stacja na trasie to bowiem wielkie targowisko, a każdy odcinek ma swoją specjalizację: w europejskiej części Rosji króluje kurica z kartoszkoj, w okolicach Wołgi pojawiają się ryby solone, suszone i wędzone oraz raki, w Kazachstanie największy wybór pirożków, naleśniki, pieczone bułeczki, gotowane „bambuchy”, podejrzane kotleciki i cała masa innych rarytasów, których nazw nigdy nie dane było nam poznać. Klub Smaków Azji swoich badań nie ograniczał oczywiście tylko do potraw. Napoje również były w smaku, ale przede wszystkim w cenie – półlitrowa butelka za równowartość 4 złotych.
Po półtorej doby jazdy pociągiem ze stolicy Kazachstanu, Astany, znaleźliśmy się w Oskemenie, który nadal lepiej jest znany pod swoją radziecką nazwą Ust-Kamienogorsk. Stąd już tylko 180 kilometrów do Zyrianowska. Na pokonanie tego odcinka pociąg potrzebuje siedmiu godzin. Niestety, stacja kolejowa znajduje się w szczerym polu, kilkanaście kilometrów za miastem. To typowy radziecki pomysł blokowania rozwoju miasta. Niby jest kolej, ale w gruncie rzeczy jej nie ma. Na stacji już czekał rozklekotany autobus, który miał zabrać podróżnych do centrum. Zanim zdołaliśmy się zorientować w sytuacji, napęczniały od tłumu Kazachów autobus zaczął powolutku odjeżdżać. Na szczęście był Pasza, kazachski Rosjanin. Po nocnej imprezie w pociągu sam ledwo trafił do autobusu, ale za nic nie mógł pozwolić, żeby jego kompani zostali na lodzie. W kilku zdecydowanych słowach wytłumaczył pasażerom i kierowcy, że dla naszej siódemki miejsca zabraknąć nie może. Podróż spędziliśmy wprasowani w drzwi i okna, przybierając kształty egipskich hieroglifów.
– Turisty iz Polszy! K nam prijechali! Nasze góry będą oglądać! – Pasza tłumaczył każdemu naszą wyjątkowość.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też