Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Macedonia

Klejnot znad błękitnej wody

NPM 6/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Grupiński
Ostatnie chwile podejścia na Gogę (1735 m n.p.m.) (fot. Grzegorz Grupiński)
Gór ci na Bałkanach dostatek. Galičica niby nie wyróżnia się niczym specjalnym. Poza jednym: położeniem. Niewielki obszarem masyw dźwiga się ponad 1000 metrów nad lustra jezior Prespańskiego i Ochrydzkiego. Dla tych widoków warto przemierzyć pół Europy.

To tylko dwa dni jazdy, z szybkim spaniem na kempingu w Szegedzie. Granice migają za szybą auta. Słowacja, Węgry, Serbia i wreszcie na maszcie flaga z charakterystycznym macedońskim słońcem. Kolejna autostrada, parę godzin przez góry. Dzieci, przysypiając, dopytują, czy to już. Tak – jesteśmy nad Jeziorem Ochrydzkim.

Woda i góry w jednym
Ohridsko ezero to oficjalny cel naszej podróży. Wielki akwen tektonicznego pochodzenia (trzy razy większy od naszych Śniardw) jest prawdziwym przyrodniczym fenomenem. Jego wysokość n.p.m. to 693 m, zaś maksymalna głębokość to niemal 300 metrów – numer jeden na Bałkanach. Mnóstwo endemitów, liczne zabytki na brzegach – w tym historyczna Ochryda (Ohrid), miejsce, w którym powstała cyrylica. Krystalicznie czysta, słodka woda, latem zachowująca temperaturę powyżej 20 stopni. Nic dziwnego, że jezioro wpisane jest na listę UNESCO i nazywane bywa „perłą Bałkanów”.
Do tego są i góry. Otaczają jezioro ze wszystkich stron, łącznie z albańskim brzegiem. Przez tę barierę przełamuje się tylko jeden odpływ – rzeka Czarny Drin (Crn Drim), płynąc dalej wzdłuż granicy z Albanią. Najwyższe górskie masywy, Jablanica na północy i Galičica na wschodzie, przekraczają 2200 m n.p.m. Za wapienną Galičicą rozciąga się kolejne wielkie jezioro – Prespa, podzielone pomiędzy Macedonię, Albanię i Grecję.
Z Galičicą za plecami spędzamy pierwszy dzień upragnionego urlopu. Czwórka dzieci z obydwu naszych rodzin praktycznie cały czas siedzi w wodzie. Jezioro Ochrydzkie wita nas wspaniałą aurą i spokojną tonią o lekko turkusowym odcieniu.

Magaro po raz pierwszy
Na trzeci dzień ruszamy z Mariuszem przed świtem w góry, z zamiarem wejścia na najwyższy szczyt – Magaro (2254 m n.p.m.). Zadanie mamy ułatwione, bo koło naszej bazy w miejscowości Trpejca zaczyna się górska szosa do Oteševa nad Prespą, przecinająca grzbiet Galičicy na wysokości ok. 1600 m n.p.m.
Bazując na stereotypach o bałkańskich szosach, oczekujemy karkołomnej jazdy po dziurach. Tymczasem serpentyny zdobywają wysokość w umiarkowanym tempie, a asfalt jest w bardzo dobrym stanie. Trzeba tylko uważać na kamienie, które sturlały się ze zboczy na drogę.  Zostawiamy auto na przełęczy Livada i jeszcze po ciemku ruszamy szlakiem na południe.
– Tablice, znakowane szlaki, no proszę – wymieniamy uwagi.
Jesteśmy nieco zaskoczeni, bo raczej się nie spodziewaliśmy, że w drugorzędnym bałkańskim paśmie ścieżki będą obmalowane jak beskidzkie szlaki.
Rześkie powietrze uderza do głowy, niemal przebiegamy ciemny grabowy las. Ścieżka znaczona biało-czerwonymi paskami wyprowadza ponad górną granicę drzew, na brzeg wyraźnego kotła u stóp Magaro. Tu drogowskaz wskazuje dwie alternatywne drogi podejścia, co pozwala wchodzić jednym grzbietem, a schodzić innym. Wybieramy „prawą” ścieżkę; do wierzchołka już tylko niecała godzina.
Teraz nagroda za wczesną pobudkę i pośpiech. Rozpoczyna się spektakl tylko dla nas. Słońce wychodzi zza dalekiego grzbietu gór Baba, z każdą chwilą panorama nabiera światła i przestrzeni. Wreszcie jednym spojrzeniem możemy dotknąć brzegów obu jezior, rozdzielonych grzbietem Galičicy.
Wyżej teren się wypłaszcza. Połogim grzbietem z widokiem na zamglony błękit Jeziora Ochrydzkiego i albańskie miasto Pogradec dochodzimy do zwornikowego punktu grani. Po paru chwilach dotykamy zabazgranego obelisku na szczycie.
Czas na śniadanie. Absolutną ciszę przerywa zdyszany Macedończyk, wbiegając na szczyt. Z Peštani na brzegu jeziora wystartował o trzeciej rano! Wymienia z nami pozdrowienia… i zbiega w dół.
Schodzimy do kotła alternatywną ścieżką. Zejściowy grzbiet opada do kotła niewielkimi skalnymi ścianami. Niżej ścieżka przecina bujną łąkę, pełną wonnych kwiatów, wśród których uwijają się motyle.
– Nie ma zmiłuj się. Trzeba na Magaro wrócić w pełnym składzie, dzieciaki dadzą radę – stwierdza zdecydowanie Mariusz.
Podkręcamy tempo. Dzięki temu zdążymy jeszcze na kawę po śniadaniu. A po kawie oczywiście kąpiel. I „rejsy” pontonem wzdłuż brzegu, z widokiem na Magaro.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też