Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Tatry Zachodnie / Czerwone Wierchy

Klasyki warto znać

NPM 7/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Szymon Matuszyński
Charakterystyczne kopczyki na Krzesanicy i obłędny widok na Krywań (fot. Mariusz Nowak )
Czerwone Wierchy – siła, niezwykłe kolory, urwiste zbocza, kapitalne widoki. Zasługują one na tomy osobnych publikacji, które i tak nie oddadzą tego, co można przeżyć. Ta trasa to klasyk, a klasyki, jak wiadomo, warto znać.

To one są chyba najczęściej pojawiającymi się w moich snach szczytami. Tak, tak – śnię o górach dość regularnie, co jest z pewnością konsekwencją tego, że niewystarczająco często jeżdżę na południe Polski, a szczególnie w Tatry. Co w Czerwonych Wierchach jest tak pociągającego, że ich zdobycie poleciłbym każdemu i o każdej porze roku?
Potężny masyw dominuje nad Zakopanem, z góry spoglądając nawet na samego króla, a w zasadzie rycerza (o Giewoncie myślę, rzecz jasna). Doskonale widoczne są przede wszystkim z okolic Polany Szymoszkowej i dalej Butorowego Wierchu oraz oczywiście z Gubałówki (1126 m n.p.m.). Wyłaniają się wtedy niezwykłe urwiska Krzesanicy (2122 m), Małołączniaka (2096 m) i Wielkiej Turni Małołąckiej (1847 m), czyli posiekanych jaskiniami skalnych ścian, które wzbudzają we mnie zdecydowanie więcej emocji niż ich najbliższy sąsiad (przy całym dla niego szacunku!). Ruszyć na Czerwone Wierchy gotów jestem o każdej porze dnia czy nocy. Niestety, nie zawsze jednak mam na wypad w Tatry czas. Tym razem znów udało się wysupłać dzień wolnego od prac wszelakich i ruszyć w jedną z piękniejszych, ale i dość wymagających tras.

Wrota do raju
Jadę sam, co ma swoje dobre i złe strony. Nie będę musiał z nikim gadać, ale też… nie będę miał z kim na szlaku porozmawiać. Ot, paradoks. Godzina oczywiście absurdalna – 3: 30. Ale z Wrocławia do Zakopanego kawałek, choć dzięki A4 i dość szybko remontowanej Zakopiance, podróż do stolicy Tatr zajmuje dziś około czterech i pół godziny (o ile oczywiście po drodze nie trafi się jakiś korek). Szybko robi się jasno, pogoda wygląda na „żyletę”, więc rysuje się przede mną całkiem sympatyczna perspektywa.
O tym, że jadę na Czerwone, zdecydowałem już jakiś czas temu. Nie wiem jednak jeszcze, którą trasę wybiorę. Na pewno punktem startowym będą Kiry. Czy trafię na Hawiarską drogę z Doliny Małej Łąki, czy na czerwony szlak przez Skupniów Upłaz? Skłaniam się chyba ku pierwszej opcji – przez Upłaz szedłem nie tak dawno, wiosną – piękna to była wycieczka, jeszcze w całkiem zimowych warunkach. Być może będę tędy schodził, o ile pokusa wizyty na Ornaku nie okaże się silniejsza.
Rano te 370 kilometrów pokonuję zadziwiająco szybko i spokojnie. Dobrze mi się jechało, jakoś myśli szybko ślizgały się pomiędzy problemami życia codziennego, coraz bardziej jednak uciekając już na tatrzańskie szlaki. Niewiele po godzinie 7.30 melduję się na pustym parkingu w Kirach. Wyjątkowo to urokliwe miejsce, będące swego rodzaju wrotami – magicznym wejściem w górski świat. Owe wrota rzeczywiście się tu znajdują – to tak zwana Niżnia Kościeliska Brama, znana jako Brama Kantaka, której nazwa pochodzi od wielce zasłużonego działacza Towarzystwa Tatrzańskiego, Kazimierza Kantaka.

Kanapki żony
Warto znaleźć się tu wcześnie rano. Mało kto jeszcze o tej porze w góry zagląda, choć ci bardziej doświadczeni i planujący dłuższe wycieczki w Tatry Zachodnie już przemierzają pierwszy fragment Doliny Kościeliskiej – Wyżnią Kirę Miętusią. Lekka mgła i poranna rosa tworzą naprawdę kapitalny klimat. Sam również szybko wbiegam na szlak, wcześniej przepakowując plecak – odłożyłem część cieplejszych ubrań, choć i tak bagaż ciężki. W Tatrach zawsze bowiem założyć trzeba, że pogoda może popsuć się w ułamku sekundy i trzeba być na to przygotowanym. Na kompletnie odkrytej grani nie ma się gdzie schować przed deszczem, ani tym bardziej przed burzą. W plecaku lądują oczywiście też „Tatry Polskie” Józefa Nyki – znam tę książkę na pamięć, jednak bez niej w góry nie ruszam. Ekwipunek uzupełniają kanapki autorstwa mojej żony. Plotki na mieście głoszą, że to właśnie dla nich jeżdżę w góry. Coś w tym jest…

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też