Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Bieganie w górach

Kiedy szczyty się kurczą

NPM 10/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Krzysztof Ulanowski
Bieg Rzeźnika, zbieg w kierunku mety w Ustrzykach Górnych (fot. Anna Magryś)
Wielu uważa, że bieganie jest zdrowe, o ile nie biega się maratonów. Niektórym jednak pokonanie 42 kilometrów po równym asfalcie w pewnym momencie przestaje wystarczać. I biegną 100, a nawet 200 kilometrów po wyniosłych, górskich grzbietach. Co ich do tego pcha?

Według niektórych teorii, setki tysięcy lat temu, jeszcze przed wynalezieniem włóczni, ludzie pierwotni praktykowali tzw. polowanie uporczywe, biegnąc dziesiątki kilometrów za wybranym zwierzęciem i zaganiając je na śmierć. Do dziś ten rodzaj polowania stosują m.in. Indianie Tarahumara, mieszkający w górach Sierra Madre Zachodnia w Meksyku. Indian tych i organizowane przez nich górskie zawody biegowe rozsławił amerykański dziennikarz i ultramaratończyk Christopher McDougall w swojej kultowej już książce „Urodzeni biegacze”.
Jednak my, Europejczycy, wcale nie musimy się czuć od rdzennych Amerykanów gorsi. Pierwsze w naszej części świata, odnotowane w annałach górskie zawody biegowe odbyły się w okolicach szkockiej wsi Braemar już w połowie XI wieku. Zorganizował je król Malcolm III, aby w ten sposób wyłonić najszybszego i najwytrwalszego posłańca. W celach stricte sportowych zaczęto biegać po górach w XIX wieku. Od 1895 roku odbywa się Bieg na Ben Nevis, najwyższy szczyt Szkocji i całych Wysp Brytyjskich. W Polsce pierwszą Sudecką Setkę zorganizowano w 1989 roku. Początkowo na starcie tego marszobiegu stawali zarówno biegacze w lycrach, jak i piechurzy we flanelach, dżinsach i górskich butach ponad kostkę. Dlaczego ludzie biorą udział w ciężkich ultramaratonach górskich, wiedząc przy tym, że nie mają szans na zwycięstwo? Po pierwsze, chcą się sprawdzić, jak w każdych innych zawodach. Po drugie, dla przyjemności.

Powrót do korzeni
– Dla mnie to była prosta prawidłowość. Przebiegłem po raz pierwszy pięć kilometrów, więc zapragnąłem pobiec 10. Potem 21, 42, 100 i jeszcze więcej. Po prostu w pewnym momencie sam maraton przestaje być wyzwaniem – tłumaczy Mariusz „Mirza” Kurzajczyk, ultramaratończyk z Kalisza, organizator Kaliskiej Setki. – W efekcie po górach biegam od dwóch lat, łącząc rekreację sportową z turystyką. Na nizinach nie ma tak pięknych tras. A po kilku biegach górskich miejskie ulice jawią mi się wręcz jako nudne i cuchnące – dodaje.
Biegowa droga Mariusza nie jest jednak regułą. Nie zawsze bowiem na granie, szczyty i przełęcze wbiegają ci, którym przestały wystarczać uliczne maratony. Czasem są to ci, co po wielekroć schodzili góry jako turyści, ale pewnego dnia odkryli, że mogą przecież zsunąć z nóg ciężkie buty i zrzucić z grzbietów wielkie plecaki. Że zamiast maszerować przez jakieś pasmo przez tydzień, można je przetruchtać „na lekko” w ciągu zaledwie jednej doby.
– Dla mnie biegi górskie to powrót do korzeni – opowiada Mirosław „Wirek” Wira, 53-letni wrocławianin. – Biegaczem stałem się, kiedy byłem już wytrawnym turystą. Dla nas bliskość gór jest czymś najzupełniej normalnym. Ślęża, Kotlina Jeleniogórska, Wałbrzych, Kłodzko – te okolice stanowiły cele wycieczek klasowych, rajdów harcerskich czy wyjazdów z kółkiem turystycznym. Jeszcze jako licealista czerpałem niekłamaną przyjemność z długich, górskich wędrówek. Również na studiach sporo czasu spędzałem w Sudetach, maszerując niekiedy po kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Absolutnie nie myślałem wtedy jeszcze o biegach długodystansowych czy krosach. Chodziłem zgodnie z kanonem turystycznym: w ciężkich butach powyżej kostek oraz z plecakiem z zapasem jedzenia, zmianą odzieży, apteczką i wieloma innymi niezbędnymi, ale zazwyczaj nigdy nieużywanymi rzeczami.
O ultramaratonie, zwanym Sudecką Setką, Mirosław Wira usłyszał dopiero w 1996 roku, gdy wędrował przez góry własną, 100-kilometrową trasą. Idąc dzień i noc zamierzał dotrzeć z Sobótki przez Ślężę, Przełęcz Jugowską, Wambierzyce, Skalne Grzyby do Wójtowic. Kiedy późnym wieczorem wstąpił na herbatę do schroniska „Zygmuntówka”, a zaraz po jej wypiciu zaczął się zbierać do wyjścia, wzbudził żywe zainteresowanie gospodarza. Opowiedział mu więc o swoich planach, a w zamian dowiedział się, że zaledwie kilkanaście kilometrów dalej trwa właśnie Sudecka Setka. Rok później „Wirek” postanowił wziąć w tych zawodach udział jako pieszy turysta, a w 1998 roku zaczął się przygotowywać do startu w kolejnej edycji imprezy, biegając po Wrocławiu od kwietnia do czerwca po 8-10 kilometrów dziennie. Od tego czasu połknął bakcyla i biega już regularnie, nie tylko po górach. Na przykład, żeby „nie stracić kondycji”, w 2002 roku wziął udział w Maratonie Wrocławskim.
– Ostatnio dotarło do mnie, że właśnie od tego czasu mniejszą liczbę kilometrów przemierzam jako maszerujący turysta, a większą jako truchtacz z plecakiem. Nadal jednak biegam głównie po Wrocławiu, teraz już po 12-20 km dziennie. Na mojej trasie biegowej mam trzy dawne wysypiska śmieci, dzięki czemu przez kilkanaście sekund mogę się poczuć jak w górach – śmieje się Wira.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też