Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | 10. Biwak Zimowy n.p.m.

Każdemu jego Everest

NPM 4/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Andrzej Bazylczuk
Pierwsze kroki w rakach na Przełęczy Spalona (fot. Przemysław Jakubczyk/OLYMPUS)
Przez lata tradycją było, że podczas ceremonii zamknięcia igrzysk olimpijskich prezydent MKOl dziękował za najlepszą imprezę w dziejach. Często słowa te były jedynie niepopartą faktami kurtuazją. Tegoroczny biwak „n.p.m.” jednak w pełni zasłużył na te słowa, mimo że nie wszystko poszło zgodnie z planem. – Większość festiwali górskich to „targowisko próżności” górskich celebrytów. Biwak Zimowy „n.p.m.” jest pisany nie pod górskie sławy, ale pod Kowalskiego z biura czy z ulicy. Biwak jest wcieleniem w życie mądrości Mirosława „Falca” Dąsala, że każdemu jego Everest – podsumował jubileuszowe spotkanie himalaista Jacek Teler.

Każdy Biwak Zimowy „n.p.m.” miał swój klimat i warty jest zapamiętania. Ten jednak miał wyróżniać się na tle pozostałych – był bowiem jubileuszową, 10. edycją imprezy. A jubileusze zobowiązują. Wzrosła więc liczba samych uczestników, która pierwszy raz w historii przekroczyła 70 dusz. To z kolei wymusiło zmianę miejsca. Biwak pożegnał się więc z gościnnym schroniskiem na Hali Krupowej, gdyż mała jadalnia nie była już w stanie pomieścić ponad 100 osób – bo razem z obsługą i gośćmi tylu miłośników gór uczestniczy w biwaku.
Wybór zastępstwa nie był łatwy. Obiekt musiał być na tyle duży, by pomieścił wszystkich uczestników, nie zmuszając ich przy tym do duchowego łączenia się z sardynkami w puszce. W dodatku nie mógł znajdować się na terenie parku narodowego, gdyż tam nie można by legalnie rozbić namiotów. A przecież nocleg w otoczonym śniegiem namiocie to sól biwaku. Ostatecznie wybór padł na schronisko Jagodna w Górach Bystrzyckich. Letnia inspekcja członków redakcji wypadła pozytywnie i nawet asfalt nie był w stanie zrazić nikogo, gdy sala kinowa „setkę” pomieści bez problemu, a gospodyni Maja Ossowska przyjęła nas z otwartymi ramionami.
– To jest schronisko, którego szukacie – mógłby powiedzieć Obi-Wan Kenobi, gdyby nie to, że żył dawno, dawno temu w odległej galaktyce.

Prolog
To jednak nie wszystko. Jubileuszowy biwak musiał mieć też wyjątkowego gościa. Tyle że przez lata imprezę odwiedziło wiele wspaniałych osobistości polskiego wspinania, z Anią Czerwińską, Kingą Baranowską, Olą Dzik, Krzysztofem Wielickim, Piotrem Morawskim czy Adamem Bieleckim na czele. Poprzeczka wisiała więc wysoko ponad poziomem 8 tys. metrów, dlatego postanowiono, że tym razem o swoich dokonaniach musi opowiedzieć ktoś z zagranicy. I to z absolutnej ekstraklasy himalaizmu.
Już w lipcu ubiegłego roku nasze zaproszenie z radością przyjęła Edurne Pasaban – Baskijka, która przeszła do historii, zdobywając w 2010 roku jako pierwsza kobieta Koronę Himalajów i Karakorum. Trudno o większe nazwisko. No może poza Reinholdem Messnerem, ale nie jest tajemnicą, że stawki Tyrolczyka są równie wysokie, jak jego górskie osiągnięcia. W dodatku część zapłaty lubi dostawać w zabytkowych meblach.
– Wasza inicjatywa Biwaku Zimowego „n.p.m.” jest dobrym pomysłem – mówiła nam Edurne w rozmowie, którą opublikowaliśmy w styczniowym numerze. – Na takich edukacyjnych imprezach nie tylko jest szansa, aby nauczyć się wielu przydatnych rzeczy, ale można także poznać ludzi, którzy tak jak my lubią góry i chcą robić w nich coś więcej. Dlatego tego typu spotkania i inicjatywy są bardzo ważne. Jeśli stać cię, by kupić czekan, to wydaj najpierw te pieniądze na kogoś, kto nauczy cię, co z nim zrobić. A dopiero potem kupuj sprzęt – tłumaczyła Pasaban.
Na cztery dni przed rozpoczęciem imprezy wszystko było dopięte na ostatni guzik. Sprawy organizacyjne zostały sfinalizowane, a uczestnicy byli pełni zapału. Niestety, we wtorek – a impreza zaczynała się w piątek – po godzinie 19 przyszedł mail z informacją, że Edurne z powodów rodzinnych nie może przyjechać do Polski. Po jego odczytaniu organizatorzy posiwieli w przyspieszonym tempie. W tym momencie mieli dwa wyjścia: biegać w panice dookoła budynku lub w trybie natychmiastowym stworzyć i zrealizować plan awaryjny. W ruch poszły e-maile i telefony. Po czterech godzinach stał się cud. Okazało się, że Denis Urubko – jedna z najjaśniej świecących gwiazd dzisiejszego wspinania – jest akurat w okolicy. Zdobywca Złotego Czekana 12 lutego przyjął polskie obywatelstwo, a 21 lutego w oddalonych o ledwie 50 km od Jagodnej Ząbkowicach Śląskich spotykał się z prezydentem Bronisławem Komorowskim. Urubko nie widział przeszkód, aby po takiej doniosłej uroczystości zameldować się w Górach Bystrzyckich. Niedługo później okazało się, że rolę jego tłumacza zgodził się objąć Jacek Teler – znany himalaista, a prywatnie przyjaciel Urubki. On miał jeszcze mniej czasu na podjęcie decyzji, ale na szczęście otrzymał przepustkę od żony. To ostatecznie dowiodło, że nad 10. biwakiem czuwają jakieś dobre duchy i impreza nie może się nie udać.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też