Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Abchazja

Każda dusza ma traumę

NPM 5/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Konrad Tulej
(fot. Konrad Tulej)
Abchazja po abchasku to Apsny, co oznacza „ziemia z duszą”. Ponoć każda dusza ma swoją traumę. Moja ma. Na dodatek to trauma abchaska.

Stoimy na moście nad rzeką Inguri. Pod nami płynie kredowozielona woda – widocznie w górach pada deszcz. Na zachód Abchazja, na wschód Gruzja. Niby przejście graniczne, choć według prawa międzynarodowego Abchazja jest częścią Gruzji, więc granicy nie ma. W rzeczywistości rządzi tu Rosja, podobnie jak w Osetii Południowej, a Gruzja nie ma żadnej władzy nad separatystyczną republiką. Niepodległość Abchazji poza Rosją uznają Wenezuela, Nikaragua i Nauru.
Przed chwilą gruzińscy policjanci nas groźnie ostrzegali: – Tam was okradną, zgwałcą i zabiją. Po co tam idziecie?
– W góry – odpowiadamy.
– U nas też są piękne góry – przekonują.
Na nieco prowokacyjne, a może trochę bezczelne pytanie: – A to abchaskie nie są wasze? – zamilkli.
Przez most jeżdżą wozy konne, których pasażerkami są głównie kobiety ubrane na czarno. Wiele z nich to wdowy po wojnie abchaskiej. Dźwigają tobołki z różnymi towarami. Handlują w Zugdidi, potem wracają na „swoją” stronę.
Na abchaskim brzegu mostu witają nas zasieki, wojsko rosyjskie i FSB. Nie mamy jednak problemów z przekroczeniem posterunku. Szybka odprawa. Pokazujemy zgodę na wydanie wizy. Po właściwe dokumenty musimy udać się do stolicy. Młody oficer pyta nas, czy Gruzini źle mówili o Abchazji.
– Ponoć jest u was niebezpiecznie – mówię. Oficer nic nie odpowiedział, tylko się lekko uśmiechnął i machnął ręką na znak, że możemy iść dalej. Nie potrafię odczytać intencji: czy uśmiech był ironiczny, czy też życzliwy?
Wsiadamy do marszrutki i jedziemy 12 kilometrów do Gali (abch./ros. Gal). Pierwsze wrażenie po drugiej stronie mostu – pusto. Ludzi jak na lekarstwo, wszędzie opuszczone domy. Wiele z nich ma blizny z wojny z lat 1992-1993: dziury od pocisków mniejszego i większego kalibru, ślady pożaru. W powietrzu wisi coś niepokojącego. Nie można tego racjonalnie wytłumaczyć. To uczucie jest podskórne, jakby podświadomość zbierała informacje o nadchodzącym niebezpieczeństwie i wysyłała sygnały ostrzegawcze.
Próbujemy złapać stopa, ale nic nie jedzie. A jak jedzie, to się nie zatrzymuje. Człapiemy asfaltem w duszny dzień. Kierujemy się w stronę Suchumi (ros. Suchum). Tradycyjnie nie spieszymy się. Do stolicy docieramy pieszo i marszrutkami w ciągu dwóch dni. Tej podróży towarzyszą uczucia swoistego niepokoju i nienaturalnej pustki przestrzeni bez ludzi. Pustki charakterystycznej dla każdego miejsca, które naznaczone jest wojenną traumą.

Kiedy te góry?
W Suchumi bez problemów załatwiamy formalności wizowe. W księgarni przy alei Pokoju (ros. Prospekt Mira), czyli głównej ulicy stolicy, kupujemy atlas Abchazji. Pani sprzedawczyni ostrzega nas przed niebezpieczeństwami: – W górach są niedźwiedzie, a pasterze kradną. Uważajcie na siebie.
Dziękujemy za okazaną troskę, choć chyba przestrogę bagatelizuję. O niedźwiedziach wiemy, bo na Kaukazie nie jesteśmy pierwszy raz. Do tej pory udawało się nam z nimi nie zadzierać. Komunikat o pasterzach pewnie wyparłem. Nie lubię się martwić na zapas.
Oczywiście przed wyjazdem w góry nie możemy odmówić sobie solidnych porcji obiadowych. Zupa charczo, szaszłyki, pierś z kurczaka, lawasz, śmietana i kompot do popicia – całość 350 rubli. Do tego kąpiel w ciepłym Morzu Czarnym i ruszamy w dalszą drogę.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Abchazja
Gruzja

Zobacz też