Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Kluby wysokogórskie

KaWu jak dojna krowa

NPM 7/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Długowski
Klubowe wyjazdy to nie tylko wyjazdy w skałki. Mogą to być również ambitniejsze projekty, jak wspinaczka na Annapurnę, którą w 2005 r. zorganizował KW Trójmiasto (FOT. MARCIN MIOTK)
Kiedyś elita. Najlepsi z najlepszych. Dzisiaj hermetyczni, niemrawi, żyjący przeszłością. Kluby wysokogórskie – komu są jeszcze potrzebne?

Trzynastolatek, jeszcze bez dredów i rastamańskiej czapki, dzwoni do klubu wysokogórskiego. Mówi, że chce się wspinać. Po drugiej stronie pada pytanie: „Ile masz lat, chłopcze?”. Dowiaduje się, że musi mieć 15, żeby zapisać się na kurs skałkowy. Pierwszy raz w skały wyjeżdża ze swoją nauczycielką biologii. Dwa lata później dzwoni ponownie. Mówi, że w skałach to on już się wspinać umie, a teraz chciałby się nauczyć wspinać w górach. Głos w słuchawce: „Fajnie, ale żeby to robić, musisz mieć kurs skałkowy i 16 lat na karku”.
W Tatrach wspina się sam, na dziko, jeździ na wyprawy komercyjne, chodzi po górach z przypadkowo poznanymi ludźmi. Dzisiaj o Adamie Bieleckim mówi się „największy talent polskiego himalaizmu”. Talent, do którego środowisko klubowe nie przyłożyło ręki.

Mało wyjazdów, brak integracji
Poznaniacy do dzisiaj wspominają rok 1984 z nostalgią. Wtedy, po pokonaniu trudnego, południowego filara Yalung Kang (8450 m n.p.m., szczyt w masywie Kanczendzonga), trzech klubowiczów staje na wierzchołku: Wojciech Wróż, Przemysław Piasecki i Tadeusz Karolczak. Później długo, długo nic i w latach 90., na chwilę rozbłyska jeszcze Jarosław Żurawski podczas zimowych ataków na Nanga Parbat (8126 m n.p.m.). Klub właściwie nie istnieje na mapie polskiego wspinania. Kiedy trzy miesiące temu władze proszą o zgłaszanie kandydatur do nagród klubowych, wpływają trzy wnioski do nagrody „Spit Rocku” i ani jeden na „Poznański Czekan”.
Andrzej Janka, wiceprezes, i skupione wokół niego niewielkie grono osób stara się przywrócić klub do życia. Młodzi członkowie przygotowują ankietę, w której wszyscy mogą się wypowiedzieć, co im się nie podoba. Na prawie 200 członków wypełnia ją 55 osób, zaledwie czwarta część stowarzyszonych. Najczęściej pojawiające się zarzuty to: hermetyczność i brak integracji, mało wyjazdów, zamknięcie się na alternatywne sporty górskie i niewielka aktywność klubowiczów. Wyniki ankiety są miażdżące. Ale Poznań to nie jest odosobniony problem. To soczewka, w której skupiają się problemy większości klubów wysokogórskich w Polsce.

Stara gwardia
„Mam wrażenie, że członkowie klubu w większości żyją sami sobie, we własnym gronie. Niewiele osób poznałam, wstępując do Klubu.”*
– Dobrą organizację można poznać po młodzieży. Jeśli jest jej dużo, integruje się i jest zachęcana do działań, to jest prężne stowarzyszenie. A jeśli na spotkania przychodzą stare pierdziele, to co to za klub? – ocenia Piotr Galla, prezes Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego w Jeleniej Górze.
W Polsce istnieją dwa modele funkcjonowania klubów: elitarny albo egalitarny. Pierwszy najczęściej polega na tym, że wejście do klubu obwarowane jest kursem skałkowym i poleceniem kandydata przez dwóch członków.
Andrzej Szymański, prezes KW Trójmiasto, tłumaczy, że to pozostałość PRL: – Kiedyś, za komuny, kluby skupiały ludzi o niepokornych poglądach i w ten sposób środowisko zabezpieczało się przed obecnością agentów SB w klubie.
Taki model nadal funkcjonuje na przykład w Klubie Wysokogórskim Gliwice. Piotr Galla twierdzi jednak, że zdobycie polecenia dwóch członków nie jest problemem. – Wystarczy, że ktoś przyjdzie na ścianę i z ich znalezieniem nie ma problemu.
Efekt elitarności polskich klubów jest taki, że Polski Związek Alpinizmu skupia około 5 tys. osób. Szacuje się, że w Polsce jest dziesięć razy tyle wspinających się ludzi i około 300 tysięcy turystów górskich. Słoweńska organizacja alpinistyczna zrzesza 55 tys. ludzi przy 2 mln obywateli.
– Jak zostałem prezesem w 1998 roku, rzuciłem hasło: tysiąc członków – mówi Artur Paszczak, obecnie skarbnik KW Warszawa. Wyliczyłem, że przy tysiącu osób będziemy mieć zapewnioną osobę do pracy w klubie, siedzibę i uda się coś robić dla członków.
Dzisiaj KW Warszawa liczy 1200 członków, co oznacza, że co piąta osoba zrzeszona w PZA jest członkiem klubu warszawskiego. Z pieniędzy, które klub dostaje w ramach odpisu od podatku i opłat członkowskich (w sumie kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie), finansuje siedzibę i biuro rachunkowe. Wydaje magazyn „A/Zero”, przewodniki po Kazalnicy i Kaukazie, w przygotowaniu są materiały o Ameryce Południowej. Organizuje kursy, wykłady, warsztaty i obozy.
– Schizofrenia w środowisku polskim polega na tym, że ludzie chcieliby mieć malutkie klubiki, w których wszyscy dobrze się znają i są dobrze „skumpleni” – mówi Paszczak i dodaje: – Jednocześnie oczekują, że sponsorzy będą wybijać ścieżkę do ich drzwi, żeby im sypnąć grosiwem. A niby z jakiej okazji 50 facetom sponsor ma dawać pieniądze?
Klub z Trójmiasta od tego roku zmienił warunki przyjmowania nowych członków. Zamiast obowiązkowego kursu skałkowego i dwóch wprowadzających jest tylko deklaracja, w której kandydat określa swoje doświadczenie.
– Na tej podstawie zgłasza kandydaturę na członka zwyczajnego lub uczestnika – wyjaśnia Andrzej Szymański. – Tych bez doświadczenia zachęcamy do pogłębiania swojej wiedzy.
Szymański dodaje, że kluby nie powinny być hermetyczne. Powinno im zależeć na tym, by przyciągać wszystkich – od trekkersów po wspinaczy alpejskich. Że wszyscy muszą znaleźć w klubie to, co będzie im potrzebne.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też