Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Andrzej Życzkowski

Jubileusz na Denali

NPM 10/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Andrzej Życzkowski
(fot. arch. Andrzeja Życzkowskiego)
W tym roku minęła 40. rocznica pierwszego zdobycia przez Polaków najwyższego szczytu Ameryki Północnej – Mount McKinley (Denali; 6194 m n.p.m.). W czerwcu 1974 roku alpiniści z dwóch śląskich klubów wysokogórskich (KW Gliwice i KW Katowice) dokonali piątego w historii przejścia zachodniego żebra południowej ściany Denali.

W wyprawie pod kierownictwem Henryka Furmanika wzięli udział m.in. Janusz Baranek, Adam Zyzak, Adam Bilczewski czy Jerzy Kukuczka. Przypadkiem się zdarzyło, że wyruszyliśmy na Alaskę w okrągły jubileusz tej pamiętnej ekspedycji.Skład naszej mikrogrupy był trzyosobowy – Wojtek „Kanion” Grzesiok, Rysiek „Napał” Pawłowski i ja. Głównym impulsem do zorganizowania wyjazdu na McKinley był pomysł Ryśka, aby spróbować zaatakować sąsiednią wobec West Rib drogę wspinaczkową, klasyk tej monumentalnej góry – Filar Cassina. W 1974 roku „Napał” był za młody, aby załapać się do składu organizowanej przez Ślązaków wyprawy – dopiero zaczynał wytrwale pracować nad adekwatnością swojego przezwiska. W późniejszych latach stawał wielokrotnie na szczycie Denali, za każdym razem wspinając się jednak drogą pierwszych zdobywców przez West Buttress, co z biegiem czasu zaczęło wzbudzać u niego lekkie poczucie niedosytu, a wręcz życiowego niespełnienia. Napalił się więc na Filar Cassina.
Niestety, mimo 35 dni spędzonych na lodowcu w oczekiwaniu na stabilniejszą pogodę nasze tegoroczne zmagania z filarem skończyły się, zanim na dobre się zaczęły. I nie pomogły nam determinacja i doświadczenie Ryśka, ani też wrodzony optymizm „Kaniona”. Udało nam się jedynie dwukrotnie przejść lodowiec North East Fork (niezbyt optymistycznie nazywany na mapach jako Valley of Death [ang. Dolina Śmierci – przyp. red.]), który przylega do południowej flanki McKinleya. W tak kiepskich warunkach pozostała nam tylko normalna droga na szczyt. Przeczekując w namiocie trwające po kilka dni z rzędu opady śniegu, w okresach nudy pomiędzy czytaniem kolejnej książki a słuchaniem następnego audiobooka, miałem sporo czasu na rozmyślania, jak to dawniej w górach bywało…

Podróż
Niewątpliwie ekipa Furmanika zorganizowała ekspedycję w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Wyjechali z Polski na przeszło pół roku. Przez wiele tygodni płynęli do Ameryki legendarnym transatlantykiem „Stefan Batory”. Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, ale na pokład statku zabrali ciężarówkę „Jelcz 315M” oraz mikrobus „Nysa 521”, którymi to samochodami podróżowali następnie przez całą Kanadę i dalej na Alaskę. My z Katowic dotarliśmy do USA samolotem w kilka godzin. Następnie z Anchorage przemknęliśmy truckiem do Talkeetna – małej mieścinki, skąd za kilkaset dolarów od głowy można dolecieć awionetką bezpośrednio na lodowiec pod Denali. Nasi „starsi” klubowi koledzy mieli w sprawach finansowych więcej szczęścia. Jak relacjonował Adam Zyzak w artykule zamieszczonym w „Taterniku” nr 3/1975 pod tytułem „Wyprawa w góry Alaski i Yukonu” (magazynu „n.p.m.” jeszcze wówczas nie wydawano), na nieśmiałe wyznanie, że polska ekspedycja nie dysponuje nadmiarem twardej waluty na wynajęcie samolotu, usłyszeli od pilota Dona Sheldona przemiłą i jakże wielce oczekiwaną deklarację: „Jeśli nie macie pieniędzy, to możecie je przesłać za dwa lata, a bagaż, do cholery, pakujcie zaraz, bo za 10 minut lecę w góry i wam podrzucę, za darmo of course!”. Te dobre czasy się skończyły – dzisiaj jak nie zapłacisz 550 dolarów, to nie polecisz.
Skitury przyszły ze Śląska
Wyprawa „McKinley ‘74” wypłynęła z Polski z ośmioma tonami sprzętu (nie licząc dwóch aut ciężarowych). Nasz bagaż wyglądał trochę mniej imponująco – mieliśmy po dwie torby na głowę plus narty. Zabraliśmy z Polski cały ekwipunek wspinaczkowy, w tym ultralekkie namioty, nic nie ważące plecaki, poręczne maszynki do gotowania, pozbawione masy liofilizaty i trochę ubrań o piórkowym ciężarze własnym. Janusz Baranek („profesor katedry sprzętu” KW Gliwice w latach 70. i 80. ubiegłego wieku) również wydawał się zadowolony z wyposażenia swojej ekspedycji. Na łamach „Taternika” pisał m.in.: „Wyprawa nasza dysponowała sprzętem prawie wyłącznie produkcji krajowej. Jako nakrycie głowy doskonałe okazały się czapki futrzane, znacznie lepsze od tradycyjnie używanych kominiarek. Dobre okazały się buty wysokościowe »Zawrat III«. Dobrze zdały egzamin namioty typu »Turnia«, niestety ciągle jeszcze zbyt ciężkie”. Pewne zastrzeżenia wzbudziły jedynie u Janusza maszynki do gotowania, w które byli wyposażeni członkowie ekspedycji: „W czasie drogi używaliśmy maszynek butanowych 2-palnikowych zasilanych z butli – ciężkich i niewygodnych w transporcie. Na lodowcu i w czasie wspinaczek nieźle służyły maszynki benzynowe produkcji NRD typu Juvel, niestety źle działające powyżej 5000 m, a także podczas mrozu i wiatru”.
Z całą mocą trzeba podkreślić, że to członkowie śląskich klubów zapoczątkowali światową modę na skituring jako sposób szybkiego przemieszczania się w zaśnieżonych terenach górskich. Baranek wspomina: „Przekonaliśmy się, wbrew opiniom innych wypraw, że do pokonywania dużych odległości po niezbyt nastromionych i pokrytych śniegiem lodowcach najlepiej nadawały się krótkie i szerokie narty”. Czas pokazał, że inne wyprawy zaczęły naśladować innowacyjny, jak na ówczesne lata, pomysł naszych rodaków. Obecnie uczestnicy co drugiej zorganizowanej grupy na McKinleyu używają skiturów. Kto nie umie jeździć na nartach – musi powoli człapać na rakietach śnieżnych.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

Autor tekstu należy do Klubu Wysokogórskiego Gliwice, jest członkiem Komisji Wspinaczki Wysokogórskiej PZA, instruktorem narciarstwa PZN oraz wspinaczki skałkowej, organizatorem i uczestnikiem kilkunastu wypraw wysokogórskich, m.in. w Garhwal, Pamir, Tien-szan, Himalaje i Karakorum.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też