Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | 60. rocznica zdobycia Mount Everestu

To jest szczyt dla normalnych ludzi

NPM 6/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Długowski
(FOT. Kent Harvey)
Z Davem Hahnem, wybitnym amerykańskim himalaistą, rozmawia Łukasz Długowski.

14 razy stał na szczycie. Cztery razy zawracał 300 metrów przed wierzchołkiem. W 1999 roku odkrył szczątki George’a Mallory’ego. Jeżeli można znać Mount Everest jak własną kieszeń, należy ona do Dave’a Hahna.

Jakie są różnice pomiędzy atakiem szczytowym George’a Mallory’ego w 1924 roku, zdobyciem góry 60 lat temu i Twoją wspinaczką?
Naprawdę trudno jest porównywać tak różnorodne przedsięwzięcia: próbę zdobycia szczytu przez Mallory’ego w 1924 roku, wspinaczkę Edmunda Hillary’ego z 1953 roku i jakąkolwiek współczesną ekspedycję. Mallory wspinał się na tę górę już w 1921 i 1922 roku, jednak to, z czym musiał się zmierzyć w 1924 roku, było na granicy ludzkich możliwości. W odniesieniu do tamtych czasów trudno mówić o jakichkolwiek lekach na chorobę wysokościową czy specjalistycznym sprzęcie. Oczywiście, niewiele też było wiadomo o górnej, północno-zachodniej grani. Czy w ogóle była realną drogą na szczyt? Nie było mowy o kontakcie w czasie rzeczywistym z resztą świata, trzeba było bazować na poczcie i posłańcach. Ekipa z ekspedycji z 1924 roku działała „poza mapą”, w każdym tego słowa znaczeniu. W 1953 roku, nie ujmując niczego Hillary’emu i Tenzingowi, wyraźnie można było odczuć, że niebawem ktoś stanie na szczycie. W końcu rok wcześniej Szwajcarzy i Tenzing dwukrotnie byli blisko wierzchołka. Wiele osiągnięć technologicznych z czasów drugiej wojny światowej znalazło zastosowanie we wspinaczce wysokogórskiej. Nie można też zapomnieć o doświadczeniach z wcześniejszej wyprawy Brytyjczyków (do 1953 r. Brytyjczycy próbowali czterokrotnie zdobyć Everest, w tym raz wspólnie z Amerykanami – dop. red.). Jakkolwiek na to spojrzeć – to, przez co Hillary i Tenzing przeszli i czego dokonali, jest niesamowite. Szukanie drogi po stronie południowej, z nadzieją, że można tam znaleźć szlak po tej pokręconej i poszarpanej grani, było wizjonerskie, odważne i śmiałe. Jestem bardzo zadowolony z trudności, które pozostały dla współczesnych ekspedycji na Evereście. Jest w nich wystarczająca doza komplikacji i niepewności, abym miał co robić przez następne lata. Ale nie można tego porównywać do wyczynu Mallory’ego i Hillary’ego. Świat zmienił się tak bardzo w ciągu minionych lat, że głupio byłoby nie wyciągnąć wniosków z tej lekcji.

Dla różnych ludzi ta góra znaczy co innego. Dla jednych to po prostu cel konieczny do zdobycia Korony Himalajów i Karakorum, dla innych spełnienie wszystkich marzeń, bo to Dach Świata. Jakie znaczenie ma dla Ciebie Mount Everest?
Ono zmieniało się przez lata. Oczywiście, zanim dotarłem na szczyt, góra była dla mnie wyzwaniem i sposobem na sprawdzenie się. Zdarzyły się lata, kiedy ocierałem się o wypadki i góra zaczęła mnie przerażać. Były też takie, kiedy wszystko układało się po mojej myśli i góra jak nic innego, czego wcześniej doświadczałem, potrafiła sprawić, że czułem, że żyję. Mount Everest zawsze przypominał o historii wspinaczki jako takiej, o tym, że nie mogę być na górze bez świadomości, że ginęli na niej ludzie. Ale teraz reprezentuję moją własną historię – wspinam się na niej od 22 lat. Nigdy nie byłem na górze, która nie wyrażałaby zniewalającego piękna, majestatu i siły. Oczywiście, powinienem wspomnieć, że ta góra związana jest z zawodem, który wybrałem, czyli przewodnika górskiego. Dzisiaj moje cele związane z każdą wyprawą dotyczą zrobienia wszystkiego, co w mojej mocy, aby pozwolić innym doświadczyć tego, co dla mnie jest tak wartościowe w Evereście.

Czego nauczył Cię najwyższy szczyt Ziemi?
Góra pokazała mi granice mojej siły. W ostatnich latach zdarzyły się chwile, kiedy byłem przekonany, że nie mógłbym być bardziej zmęczony i nie umrzeć. Dzięki Everestowi nauczyłem się też wiele o ludzkiej dobroci i bezinteresownym działaniu. Właśnie poprzez swoją pracę mogłem poznać Szerpów, nepalskie i tybetańskie kultury. Oczywiście nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale trudno jest mi myśleć o Evereście w oderwaniu od ludzi, którzy tam pracują.

Da się w ogóle opisać uczucie, kiedy stoi się u jej podnóża?
Odczuwam zarówno szacunek, zdenerwowanie i strach. Te dwie ostatnie emocje nie wydają mi się złe, zwłaszcza gdy niebezpieczeństwo jest na wyciągnięcie ręki. Takie uczucia utrzymują mnie przy życiu. Oczywiście, dobrą stroną takich lęków jest fakt, że będę mógł się z nimi zmierzyć, kiedy przyjdzie czas na wspinaczkę. W trakcie pobytu w górach naturalne jest dla mnie wspominanie wszystkich ludzi, którzy otaczali mnie podczas wieloletnich wspinaczek.

A tłumy ludzi, tony śmieci i kolejki na górze? To Ciebie nie przeraża?
Oczywiście wolałbym, żeby nikt inny nie miał pozwolenia na wejście na górę poza mną i moim teamem, ale wiem, że to niemożliwe. Trudno jest mi narzekać na tłumy, skoro przez pokazywanie zdjęć i opowiadanie wszystkim, jak niesamowita jest to góra, byłem jednym z głównych promotorów komercyjnej wspinaczki na Evereście. Ale oczywiście tłumy sprawiają, że moja praca staje się trudniejsza i bardziej niebezpieczna.

 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też