Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Góry Świętokrzyskie

Jest polana, będzie Yokohama

NPM 3/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Rzeczycki
Widok z grzbietu Gór Świętokrzyskich skutecznie ograniczają świerki (fot. Michał Parwa)
Polukrowane westchnieniami zimy wyglądają świętokrzyskie pagórki niczym makowiec, na którym ktoś rozsypał worek wiórków kokosowych. Takie skojarzenia przychodziły mi do głowy, gdy kolejny raz oglądałem zdjęcia z jednodniowej przechadzki przez to najniższe z naszych górskich pasm. Piwnica w domu Adama Małysza znajduje się o niebo wyżej niż szczyty, na które spoglądałem, zadzierając do góry głowę.

Jest mroźny, wietrzny i nieprzyjemny pod względem pogodowym dzień. Zachciało mi się właśnie na tę jedną sobotę pojechać w rejon, gdzie diabeł – cytując Andrzeja Rosiewicza – boi się powiedzieć „dzień dobry”. Najpierw dotarłem nocnym pociągiem do Skarżyska-Kamiennej, ale było zbyt wcześnie, by ruszać w trasę. Pojechałem więc pociągiem osobowym w przeciwną stronę, a potem jeszcze raz z powrotem i w końcu wysiadłem na peronie w Łącznej. Jest ciemno, a ziemię pokrywa cienka warstwa świeżego śniegu. Ruszam przez wieś w trasę. Oprócz mnie nikt nie ma tak ascetycznego pomysłu, by przed szóstą rano ruszać stąd w góry. Idę więc samotnie ulicą do kolejnej wsi, noszącej jakże pospolitą nazwę Zagórze. Tam mijam sporych rozmiarów kamieniołom i przez las, na wyczucie, zaczynam wspinać się na pierwszy na trasie grzbiet górski. Zaczyna świtać. Na grzbiecie oprócz ostrzegawczej tablicy informującej o strzelaniach w kamieniołomie trafiam wreszcie na zielony szlak turystyczny. O to chodziło... Z tablicy dowiaduję się, że pierwsze strzelania odbywają się między 9.30 a 11. A że jest dużo wcześniej, macham ręką.
– Mam nadzieję, że w sobotę w ogóle nie strzelają – z nadzieją ruszam szlakiem w stronę wschodnią, a właściwie południowo-wschodnią.

Talerze przegrały ze światłowodami
Pięć minut później następuje pierwsze zaskoczenie. W niepozornym lesie wita mnie tablica z mapą Świętokrzyskiego Parku Narodowego.
– Co? On się już tutaj zaczyna? – jestem odrobinę zaskoczony, bo nie spodziewałem się, że grzbiet w rejonie Psar to już teren parku. Na szczęście tutaj nie trzeba płacić za wstęp, więc z nieukrywanym uśmiechem ruszam dalej.
W mojej głowie pojawiają się liczne pytania: Jak daleko zdołam dzisiaj dojść? Czy wyżej w Łysogórach szlak będzie przetarty, czy też będę się zapadać po kostki w świeżym śniegu? I wreszcie najważniejsze pytanie: Czy gdzieś tam za górami uda mi się znaleźć autobus PKS, żeby złapać połączenie do najbliższej stacji kolejowej?
Wędrując przez pusty i cichy las, mijam Bukową Górę (484 m n.p.m.) i po mniej więcej półtorej godziny marszu docieram do drewnianej wiaty z czterospadowym dachem, wielkości dawnego kiosku Ruchu. Rzut oka wystarcza – to kapliczka upamiętniająca śmierć XIX-wiecznego powstańca. Gdy wychodzę z lasu, opuszczam grzbiet i dochodzę do miejscowości Psary-Kąty. Mam już w nogach sporo kilometrów, tymczasem dla większości miejscowych dzień dopiero się zaczyna.
Wspominam swoje wędrówki sprzed lat. Gdy byłem tu w 2007 roku, nad okolicą królowały ogromne talerze radarów, wyrastające wysoko ponad równą krawędź lasu. To było Centrum Usług Satelitarnych w Psarach-Kątach, należące do Telekomunikacji Polskiej. Utworzono je w 1974 roku, ale zlikwidowano w 2010, bo znacznie zmalało zapotrzebowanie na transmisje głosowe drogą satelitarną. Talerze przegrały z inwazją sieci światłowodowych.
– Tu na razie jest polana, ale będzie Yokohama – zanuciłem zasłyszany gdzieś tekst na znaną melodię braci Golców.
Z Psar-Kątów postanawiam bez szlaku, na przełaj, pójść do Świętej Katarzyny. Kompletnie zachmurzone niebo nie sprzyja moim planom, ale mimo tego co jakiś czas sięgam po aparat fotograficzny, by udokumentować kolejne ujęcia. Teren okazuje się płaski, a do tego miejscami podmokły. Wędrówkę miedzami i opłotkami po antygórskim terenie urozmaica mi drobne odkrycie: w pewnym momencie trafiam na równą, prostą drogę. Chwila zastanowienia i już wiem: to właśnie tędy prowadziła nieistniejąca już linia kolejowa do Huciska u podnóża Łysej Góry. W czasach PRL kursowały tędy pociągi dowożące turystów dosłownie pod same wzniesienia. Szkoda, że tak pochopnie rozebrano tę linię.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też