Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Żywiecki

Jeśli bobsleje, to tylko tutaj

NPM 11/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Rzeczycki
Bacówka na Rycerzowej o świcie (fot. Tomasz Rzeczycki)
Bacówki, Przysłopy, Magurki... Na szlakach Beskidu Żywieckiego aż się roi od takich nazw. O tym wiedziałem już z mapy. Nie przypuszczałem jednak, że w terenie przyjdzie mi się przeprawiać przez miejsca, które bardziej nadawałyby się na wybudowanie skoczni narciarskiej niż na poprowadzenie szlaku turystycznego.

Rajcza-Centrum”. Taką nobilitującą nazwę nosi jeden z dwóch przystanków kolejowych we wsi, w której zaczyna się Soła. Pamiętam jeszcze czasy sprzed Okrągłego Stołu, gdy tego przystanku nie było i do centrum Rajczy, chcąc nie chcąc, trzeba było drałować ze starego dworca kolejowego, położonego stąd o niemal dwa kilometry na północ. Do dziś wygląd centralnego placu wsi trochę się zmienił, ale nadal górują nad nim kościół rzymskokatolicki i duży dom handlowy.
W godzinach przedpołudniowych wysiadam z pociągu w Rajczy-Centrum, przechodzę po solidnej, chyba żelbetowej, kładce nad Sołą i po kilku minutach jestem na centralnym placu Rajczy, skąd rozchodzą się drogi prowadzące w stronę Żywca, Ujsoł i Rycerki Dolnej. Rzut oka na tabliczkę z rozkładem jazdy powieszoną w wiacie przystankowej wystarcza, by się zorientować, że oprócz PKS-u drugim organizatorem transportu publicznego jest tutaj prywatna firma z Czernichowa. Niestety, w interesującym mnie kierunku, czyli do granicznej przełęczy Glinka, został już tylko jeden kurs na dobę. A że do odjazdu autobusu mam naprawdę sporo czasu, decyduję się na wędrówkę szosą.
– A nuż uda się złapać autostop w tę stronę? – kalkuluję bez namysłu.

Cisza na szlaku
Korzystając z uprzejmości kilku kierowców, pokonuję parę kilometrów we właściwym kierunku, ale koniec końców i tak czekam na żywiecki pekaes. W końcu mikrobus przyjeżdża i zaoszczędziwszy kilka złotych, dojeżdżam do przełęczy Glinka (845 m n.p.m.). Widać, że miejsce to podupadło od czasu, gdy w drugiej połowie grudnia 2008 roku zlikwidowano wszelkie kontrole na granicy polsko-słowackiej. Dziś linię graniczną można przekraczać niemal w dowolnym miejscu (może poza parkami narodowymi i rezerwatami), a po polskiej stronie przełęczy pojawiło się obszerne rondo, służące jako miejsce do zawracania dla pekaesów.
– Ech! Gdzie te czasy, kiedy polscy prywatni przedsiębiorcy przyjeżdżali tu handlować ze Słowakami! – wspominam nie tak odległą przeszłość.
Funkcjonowało tutaj wtedy drogowe przejście graniczne Ujsoły-Novoť. Przełęcz Glinka straciła też dziś znaczenie komunikacyjne w ruchu dalekobieżnym. Przed laty opłacało się tędy jechać mieszkańcom Zakopanego, którzy udawali się na wakacje nad Jezioro Żywieckie lub na Górny Śląsk. Tak wybrana trasa była wtedy znacznie krótsza niż droga przez Wadowice czy Kraków. Dziś, gdy mamy już do dyspozycji autostrady, przełęcz Glinka na nowo stała się zacisznym miejscem. I mnie osobiście bardzo to cieszy.
Plan na dziś mam następujący: chcę przejść niebieskim szlakiem wzdłuż granicy słowacko-polskiej do przełęczy Przysłop i stamtąd, już po stronie polskiej, żółtym szlakiem dotrzeć do bacówki PTTK na Rycerzowej. Na zegarku dochodzi południe, więc zdecydowanie czas ruszyć przed siebie. Pierwszy odcinek to podejście bardzo łagodne, wręcz spacerowe, na Magurkę (930 m n.p.m.). Tam skręcam w prawo pod kątem 90 stopni, a następnie wspinam się na kolejne, coraz to wyższe szczyty: Piętkulę (996 m n.p.m.), Solisko (1030 m n.p.m.) i Smereków Mały (1043 m n.p.m.).
Dokoła zupełna cisza. Poza mną nie ma tu dosłownie nikogo, a do pokonania mam kilkugodzinne przejście. Nie wiem, czy kilkadziesiąt lat temu ktokolwiek trafnie przewidział, jaki wpływ będzie mieć rozwój motoryzacji na turystykę górską. Obawiano się wtedy, że ludzie będą rozjeżdżać samochodami połoniny i że na Kasprowym Wierchu parkować będą motocykle. Tymczasem motor stał się niszowym środkiem transportu dla nielicznych, a upowszechnienie się egzaminu na prawo jazdy sprawiło, że turyści górscy zaczęli się przestawiać na wycieczki-kółeczka, ze startem i metą przy zaparkowanym samochodzie. I to głównie do miejsc uznawanych za najpopularniejsze. No bo skoro gdzieś się samochód zostawiło, to trzeba do niego wrócić. Wędrowcy gotowi dreptać szlakiem kilometrami przez góry znaleźli się dziś ewidentnie w mniejszości.
Rozmyślając o tym, docieram do podnóża grzbietu górskiego z kulminacją o podejrzanej nazwie Oszus (1155 m n.p.m.), której polskie zbocza chronione są jako rezerwat przyrody Oszast. Poziomice na mapie zbiegają się jak słoje w przekroju 100-letniego drzewa. To jedno z kilku ostrych podejść tego dnia. Pogoda nie najlepsza: pełne zachmurzenie i mglisto. Nie pozostaje nic innego, jak tyko zacisnąć zęby i iść.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też