Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Himalaje

Jej wysokość Annapurna

NPM 10/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Patrycja Skłodowska-Kocewiak, Łukasz Kocewiak
Jęzor lodowca Annapurny Południowej z głównym wierzchołkiem masywu w tle widziane z krawędzi wąwozu w Annapurna Basecamp (fot. Patrycja Skłodowska-Kocewiak, Łukasz Kocewiak)
Dlaczego Annapurna? Do wejścia na szlak wokół tego ośmiotysięcznika skusiły nas widoki, z jakich on słynie, wysokie partie Himalajów pokonywane w kulminacyjnym punkcie wędrówki, wreszcie – wieść, że już niedługo najsłynniejszy trekking świata może przestać istnieć.

Annapurna swoją nazwę wzięła od imienia bogini obfitości i urodzaju, którą utożsamia się z Parvati. Bogini ta była czczona za moc dostarczania pożywienia (nazwa szczytu w sanskrycie znaczy dokładnie „Wypełniona Pożywieniem”). Urok Annapurny przyciąga tu nie tylko himalaistów. Wokół góry tej poprowadzono bowiem także trzy popularne szlaki trekkingowe: Annapurna Circuit, Annapurna Basecamp i Jomson Trek. My decydujemy się na wędrówkę szlakiem wiodącym do Annapurna Basecamp (ABC) w Sanktuarium Annapurny, ciągnącym się wzdłuż doliny Modi Khola.

Żegnajcie, luksusy
Bladym świtem ładujemy swoje bagaże na dach busa i i około szóstej rano wąskimi uliczkami dzielnicy Thamel opuszczamy Katmandu. Wynajęcie sześcioosobowego busa to wydatek rzędu 120 dolarów. Ale warto zainwestować w komfortowy dojazd do miejsca rozpoczęcia trekkingu, aby zaoszczędzić siły. Dojazd autobusem jest znacznie bardziej męczący. Nasz kierowca nie mówi dużo, ale i my nie zadajemy żadnych pytań. Snujemy domysły, czy jego wojskowy ubiór to pozostałość po służbie w elitarnym korpusie Gurkhów. Jedzie z nami jeszcze nasz przewodnik Kami oraz porter Aita. Twarz Kamiego szpeci poprzeczna blizna, co czyni jego twarz intrygującą. Aita to drobny, wysuszony mężczyzna, który na głowie nosi wytarty ślad łysiny od noszenia ciężarów. Trudno uwierzyć, że człowiek tak wątłej budowy poniesie ponad 30-kilogramowy ładunek.
Podróż dłuży się nam niemiłosiernie. Zapada mrok, kiedy dojeżdżamy do Nayapul. Żegnamy kierowcę i żwawym tempem zmierzamy do Birethani. Mimo późnej godziny wioska tętni jeszcze życiem. Liche żarówki oświetlają wnętrza małych sklepików i warsztatów zbitych z blachy falistej i bambusowych bali. Dzieciaki bawią się na nieutwardzonej drodze, którą co jakiś czas przebiegnie kura albo pies. W dole wzdłuż wioski huczy pienistą kipielą rzeka. Po 20 minutach marszu docieramy do Birethani na miejsce swojego pierwszego noclegu – tea house Laxmi Lodge. Tea house to popularny i jedyny rodzaj zakwaterowania na szlaku w przedgórzu Himalajów. Ascetyczne i surowe wnętrza pokoi, na których umeblowanie składają się wyłącznie prycze z twardym materacem, przypominają bardziej cele zakonne aniżeli hotel, ale to zdecydowanie wystarczy, aby wypocząć. Doprawdy nie trzeba więcej, kiedy usypia nas jednostajny szum rzeki i odgłosy dżungli. W powietrzu czuć już bliskość Himalajów, ale ich majestat skrywa się jeszcze za zboczami potężnej doliny Modi Khola. Tutaj żegnamy się z luksusem w postaci ciepłego prysznica oraz ze względnie niskimi cenami. Następnego dnia nad kubkiem pożywnej i słodkiej masala tea (herbata z przyprawami i mlekiem) jeszcze raz rzucamy okiem na mapę i obliczamy deniwelację. Dopełniamy ostatnich formalności związanych z wejściem do Annapurna Conservation Area, okazując przepustkę ze zdjęciem, i ruszamy w drogę do ostatniego bastionu cywilizacji w dolinie – Syauli Bazar. Moglibyśmy dotrzeć tam pieszo w ciągu czterech godzin, ale na razie wolimy oszczędzać siły – i dlatego pokonujemy ten odcinek samochodem. Dzięki temu, po półtorej godziny, meldujemy się w miejscu, gdzie kończy się droga przejezdna dla aut, a zaczyna ścieżka wiodąca do Sanktuarium Annapurny. A zatem – ruszamy!

Życie w cieniu gór
Szlak rozpoczyna się szerokim chodnikiem z kamieni, prawie jak dobrze znana górska ścieżka w Tatrach, ale już pół godziny marszu w górę doliny zamienia się w wąską ścieżynę nad przepaścią. Pomimo że na szlaku nie ma żadnych trudności technicznych, trzeba uważać, gdzie stawia się nogę. Kamienne płyty dość łatwo osuwają się w dół po zboczu doliny. Wzmagamy swoją czujność, bo nieraz słyszeliśmy o wypadkach śmiertelnych, kiedy to nieroztropny turysta, zauroczony pięknem Himalajów, stracił równowagę i zginął w odmętach rwącego potoku. W ten właśnie sposób zaledwie kilka dni przed naszym przybyciem zginęła tu młoda Koreanka.
Przedgórze Himalajów na tej wysokości tętni jeszcze życiem. Ludzie żyją tutaj w pełnej harmonii z naturą. Uprawiają niewielkie poletka poskładane w mozaiki tarasów i hodują zwierzęta, przesiadują tłumnie na gankach swoich domów albo krzątają się po podwórzach. Kobiety piorą pochylone przy pompie, inne myją naczynia. Rozkrzyczane dzieci wracają ze szkoły. W klapkach albo trampkach zgrabnie przeskakują z kamienia na kamień. Zdumiona patrzę na ich akrobatyczne pląsy w takim obuwiu i pochylając się, zerkam na swoje ciężkie trekkingowe buty. Mijają nas karawany bawołów i koni, które dźwigają worki z płodami rolnymi albo zaopatrzeniem sklepów. Zdaje się, że człowiek doskonale dostosował się do życia w górskich warunkach. Jedyny środek transportu to własne nogi obute w postrzępione trampki albo kalosze, ale tutaj nikomu się nie spieszy.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Nepal

Zobacz też