Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

z biegu wzięte |

Jedno oko na Maroko

NPM 12/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Piotr Hercog
()
Siedzimy z przyjaciółmi na tarasie hotelu Cafe Soleil w Imlil i rozprawiamy sobie o Maroku, Atlasie, czasoprzestrzeni i tym wszystkim, o czym się w górach rozmawia. Tym razem na felieton pomysł mam następujący – zapraszam Was na nasze marokańskie rozważania.

Zacznijmy od tego, że w marokańskim „Zakopcu”, czyli Imlil, znaleźliśmy się z dwóch powodów: w sobotę startuję w północnoafrykańskim klasyku górskim Ultra Trail Atlas Toubkal na dystansie 105 kilometrów z przewyższeniami 6500 metrów. A co jeszcze ważniejsze – bliskim mi ludziom urodziły się bliźniaki i świeżo upieczony tatuś urządza tradycyjne pępkowe w niestandardowym stylu: na szczycie Toubkala. To chyba z automatu spowoduje, że Benio i Henio będą działać w górach wysokich, bo po pępkowym na wysokości 4157 metrów oraz przy silnej outdoorowej skazie genetycznej inaczej być nie może.
Toubkal bez sentymentów
Maroko jest krajem, który od pierwszego wejrzenia budzi fascynację. Pomimo że od Europy dzieli go zaledwie dwugodzinny rejs promem przez Cieśninę Gibraltarską (albo półgodzinny szybkim katamaranem) – sprawia wrażenie, jakby był oddalony od naszego kontynentu o tysiące kilometrów. Maroko tętni życiem, jest przepełnione odmiennością kultur i mieszanką religii, to kraj rozgrzanych piasków Sahary, wysokich ośnieżonych szczytów Atlasu i skalistych plaż stawiających czoło wzburzonym wodom Oceanu Atlantyckiego.
I tak siedząc sobie w Imlil na tarasie, pijemy tutejszy specjał – przesłodzoną herbatkę miętową – i rozmawiamy… O tym, jak się wszystko zmienia i jak dotarcie w wiele miejsc robi się coraz łatwiejsze, i to nawet z perspektywy naszego krótkiego życia. Porównanie mamy proste, bo jeden z nas był w Maroku po raz pierwszy w 2003 roku. Wtedy jeszcze wymagana była wiza, którą załatwiało się w Ambasadzie Królestwa Maroka w Warszawie. Jako że były to studenckie „przedtanioliniowe” czasy, głównym sposobem poruszania się był autostop, więc kolega i jego 9-osobowa ekipa przyjechali tu stopem. I to chyba bijąc jakiś rekord, bo po 56 godzinach i 10 minutach od startu z Gliwic udało im się zameldować na przystani promowej w Algeciras. A teraz… Tanie linie, tani bilet, niecałe pięć godzin w samolocie i już możemy się cieszyć atlantyckimi plażami, smakami ulicznych garkuchni i tym, co dla nas najważniejsze – górami Atlasu. Czyli z jednej strony jest łatwiej i szybciej, a z drugiej… trochę wyjazd do Maroka nam się zdewaluował… Jednak kilka dni stopem wymagało większego wysiłku, oferowało więcej przygód i wspomnień i robiło większe wrażenie niż parę godzin w samolocie. Świat się skurczył…
Współpraca Paulina Wierzbicka, Wojciech Grzesiok
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też