Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Czeska Szwajcaria

Jak wino wygrało z dużym jasnym

NPM 11/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Krzysztof Ulanowski
Brama Pravčicka to symbol regionu (fot. Jarosław Tomaszewski)
Widziałem największą skalną bramę w Europie. Spływałem górską rzeką, dnem głębokiego kanionu. Pokonywałem pagórki na elektrycznych rowerach, zjeżdżałem ze stromej góry na hulajnogach. A wszystko to w Czeskiej Szwajcarii i pobliskich Rudawach.

Bardzo dobrze wspominam rowerowe wojaże po pagórkach Szwajcarii Połczyńskiej i Kaszubskiej. Dlatego gdy nadarzyła się okazja wyjazdu do Czeskiej Szwajcarii, nie zastanawiałem się ani minuty. Tym bardziej że choć po czeskich górach wędrowałem sporo, tak daleko na północny zachód tego kraju dotychczas nie dotarłem. Park Narodowy Czeska Szwajcaria graniczy z położoną już w Niemczech Saską Szwajcarią. Obie krainy stanowią część Gór Połabskich, których najwyższym szczytem jest Dieczyński Śnieżnik (czes. Děčínský Sněžník; 723 m n.p.m.). Choć w samej Czeskiej Szwajcarii wzniesienia są nieco niższe – najwyższy szczyt to Różowa Góra (czes. Růžovský vrch; 619 m n.p.m.) – to jednak nie brakuje tu ani niebotycznych, pionowych ścian, ani malowniczych form skalnych.

Bieg na konnym trakcie
Z Anną Gruszczyńską spotykam się we Wrocławiu. Ania skończyła bohemistykę, a po studiach pracowała najpierw w Centrum Kultury Czeskiej, a teraz w CzechTourism, organizacji promującej naszych południowych sąsiadów.
– Nie przeprowadziłam się jednak zbyt daleko, bo obie instytucje mieszczą się w murach Ambasady Republiki Czeskiej – śmieje się Anna. – Praca też jest dość podobna, bo turystyka łączy się z kulturą, a plus jest taki, że teraz częściej jeżdżę w czeskie góry – mówi. – Moje ulubione miejsce to Czeski Raj – dodaje. To właśnie Ania pokaże naszej kilkuosobowej grupie Czeską Szwajcarię. Z Wrocławia przez Niemcy w niecałe pięć godzin docieramy do miasteczka Chřibská, gdzie czeka na nas pensjonat „U Vyhlídky”, czyli „Przy punkcie widokowym”. Ten punkt to po prostu wysoka skała, na którą chętni mogą wejść po schodach. Kiedy wysiadamy u stóp tejże skały, do naszego busa podbiega ładna blondynka.
– Aniczko! – krzyczy radośnie i pada naszej przewodniczce w ramiona.
Ładna blondynka to Ellen Herzogová, która pracuje w Urzędzie Wojewódzkim w Uściu nad Łabą, gdzie także zajmuje się turystyką. – Ukończyłam ochronę zabytków i wiele lat zajmowałam się pałacami [których w województwie usteckim nie brakuje – przyp. red.] – mówi nam Ellen. – Potem los zrządził, że przeszłam do turystyki. Ale nie żałuję tego, bo praca jest ciekawa – zapewnia.
Pensjonat „U Vyhlídky” jest dobrym miejscem do eksploracji gór nie tylko pieszo, ale i w biegu. Gdy wczesnym rankiem truchtam w kierunku granic parku narodowego, jest jeszcze ciemno, a na trawie bieli się szron. Nie mam mapy, więc kiedy widzę oznakowaną trasę konną, nie waham się ani chwili i w nią skręcam.
– Trudniej będzie zabłądzić – myślę sobie.
Trasa jest taka, jaką biegacze lubią najbardziej, czyli pagórkowata, w dużej części
leśna i z pięknymi widokami na zaróżowione przez wschodzące słońce szczyty gór. Koni wprawdzie na niej nie spotykam, ale widzę spacerowiczów z psami, sarny i pasące się na łąkach krowy.
Kiedy niedługo potem jedziemy busem w kierunku miasteczka Hřensko, Ellen z zapałem opowiada nam o tutejszej wiejskiej architekturze.
– Spójrzcie, chaty są drewniane, a ich ściany zdobią charakterystyczne łuki – pokazuje.
Rzeczywiście, w Polsce szczytem aspiracji mieszkańców wsi są dworki z kolumienkami, możemy więc pozazdrościć Czechom takiej dbałości o tradycję. Do tego przecież nie swoją.
– Przed wojną mieszkali tu głównie Niemcy – przypomina Dana Štefáčková ze spółki České Švýcarsko, promującej region w Europie. – Po wojnie zostali przesiedleni dekretami Beneša, ale dziś relacje czesko-niemieckie są dobre, a nasza współpraca z Saską Szwajcarią wzorcowa – zapewnia.

Pogmatwana historia pogranicza
Cóż, dzieje terenów przygranicznych nie tylko tu są zagmatwane. Kiedy hitlerowcy wtargnęli do Czech, a potem do Polski, spora część – choć oczywiście nie wszyscy! – niemieckich mieszkańców tych krajów powitała najeźdźców z radością. Po kilku latach wojennych okrucieństw zemsty pragnęli zarówno Czesi, jak i Polacy. Różnica polega na tym, że w Polsce za wypędzenie i związane z tym grabieże odpowiadają komuniści. W powojennej Czechosłowacji decyzję o przesiedleniu i konfiskacie majątku Niemców oraz Węgrów podjął demokratyczny prezydent Edvard Beneš. Ucierpieli nie tylko kolaboranci, ale także między innymi książęca rodzina Liechtensteinów, która od hitlerowców wyraźnie się odcięła. Niedługo potem Beneš został odsunięty od władzy przez komunistów, ale jego dekrety oddziaływają na nastroje społeczne właściwie do dziś.
Jeszcze w latach 90. XX wieku Czesi bardzo ostro reagowali na wszelakie sugestie, że już najwyższy czas odciąć się od stosowania odpowiedzialności zbiorowej, a dekrety potępić. Czechy i Słowacja dopiero w 2009 roku nawiązały stosunki dyplomatyczne z Liechtensteinem. Krytyczny stosunek do dekretów z pewnością przyczynił się też do przegranej w wyborach prezydenckich w 2013 roku demokraty Karla Schwarzenberga. Zwolennicy Miloša Zemana, który ostatecznie wygrał pojedynek o prezydenturę, nie marnowali okazji i oskarżali kontrkandydata o… nazistowskie sympatie. I to mimo że hitlerowcy skonfiskowali Schwarzenbergom majątek, a sam Karel jest znany ze swoich demokratycznych i antytotalitarnych poglądów. Dodajmy, że najsłabsze poparcie Karel Schwarzenberg miał właśnie na zachodzie Czech.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też