Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Banówka i Trzy Kopy

Jak nie spotkać żywego ducha

NPM 9/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Alicja Bielak
(fot. Alicja Bielak)
Portale internetowe, Facebook i tradycyjne media trąbią, że w górach panuje istny armagedon. Podskórnie tęsknię za zimą, lecz mimo wszystko nie ma takiej siły, która zatrzymałaby mnie w mieście. Wiem, że w Tatrach Zachodnich zawsze jest mniej tłoczno, a gdy dodamy przymiotnik „słowackich”, recepta na udany wyjazd gwarantowana.

Chciałam jednocześnie znaleźć odpowiedź na pytanie, w jaki sposób połączyć niski wskaźnik gęstości zaludnienia z pragnieniem trudności czy ekspozycji spotykanej w Tatrach Wysokich. Wybór padł na Rohacze, lub, bardziej właściwie, ich fragment. Rohacze, zwane także słowacką Orlą Percią, to nie tylko dwa dumne i dość jednak popularne szczyty słowackich Tatr Zachodnich – Rohacz Ostry i Płaczliwy. Rohaczami nazywana jest grań od Ostrego aż po Salatyński Wierch. Ja natomiast ze szczególną emocją spoglądam na odcinek z Trzema Kopami. Szlak na mapie jest ewidentnie wykropkowany, z oznaczeniem trudności zupełnie jak na Orlej Perci, a zatem zapowiada się całkiem interesująco.
 
Żeton rządzi
Dobrym miejscem startowym, by wyruszyć na Trzy Kopy, są dwa schroniska tatrzańskie: położona na dole przy asfalcie Zverovka lub Žarska chata (1280 m n.p.m.). Ale że mój pierwszy dzień w słowackich Tatrach Zachodnich, spędzony na szlaku od Doliny Raczkowej przez Otargańce i Rohacze, zakończyłam w Žarskiej chacie, dlatego stąd miałam wyruszyć kolejnego dnia na Trzy Kopy. Trzy tygodnie wcześniej próbowałam zarezerwować pokój w tym schronisku. Niestety, nie było wolnych miejsc. – Ja, pisząca po polsku, otrzymująca odmowę w języku słowackim – nie tak łatwo mnie zbyć.
Próbowałam po raz kolejny. Pytałam, czy można spać na podłodze z własną matą oraz śpiworem. Otrzymałam odpowiedź negatywną, już w języku angielskim, z dziesięcioma wykrzyknikami. Muszę przyznać, że nikt nigdy tak na mnie nie nakrzyczał
mailowo. Niemniej okazało się, że istnieje możliwość zakwaterowania na zasadzie „emergency sleeping” w osobnym budynku pomocniczym, w wieloosobowym pokoju i bez łazienki czy toalety. Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I pomyśleć, że jak się zarezerwowało pokój w schronisku, to – po uprzednim zgłoszeniu – można dojechać do niego samochodem.
Chata leży w Dolinie Żarskiej, jednej z mniejszych walnych dolin tatrzańskich, którą zamykają z jednej strony Rosocha (1946 m n.p.m.), a z drugiej Baraniec (2184 m). W marcu 2009 roku dolina została poważnie zniszczona przez lawiny, które zeszły z ośmiu żlebów. Poza lasami i mostami uszkodzone zostały także budynki, a w zacienionych miejscach śnieg zalegał przez dwa lata. Zjawisko to oceniono jako największą lawinę, jaka wystąpiła na obszarze słowackich Tatr. Ponieważ szlaki powyżej schronisk są zamykane na zimę, sama chata była w tym czasie nieczynna, a dolina opustoszała. Dzięki temu nikt w tym zdarzeniu nie ucierpiał.
Dotarłam do schroniska ledwo żywa po kilkunastogodzinnej wędrówce z ciężkim plecakiem aż od Raczkowej Doliny. Odpoczywałam na ławce i nic mnie nie pchało do środka, ponieważ wiedziałam, że nie mogę liczyć na prysznic, mając jedynie nocleg turystyczny. Gdy udałam się do recepcji, okazało się, że jest jednak jeden wolny pokój. Dziwna to rzecz, całkiem niespotykana w sezonie w schroniskach po polskiej stronie Tatr: trafiłam do pięcioosobowego pokoju na wyłączność. Ale to dopiero początek niespodzianek. Jeżeli masz miejsce w pokoju w schronisku, dostajesz też żeton. Jeden żeton, który daje trzy minuty pod prysznicem. Słownie trzy minuty. Nie ma możliwości dokupienia żetonów – masz jeden i on powinien zaspokoić twoje potrzeby. Pierwsze pytanie w mojej głowie: czy jest czarny rynek żetonów? A jeśli jeden żeton to trzy minuty, to czy jest chociażby czarny rynek minut? No cóż, sytuację ratuje fakt, że możliwe jest pauzowanie strumienia wody, niemniej każdemu polecam opracowanie strategii, zanim naciśnie przycisk „start”. Samo schronisko jest bardzo przyjemne i zadbane, a w swojej organizacji przypomina raczej hotel górski. Nie ma w nim niestety kuchni turystycznej, a przed świtem wrzątek nie był dostępny.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”