Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy

Jak dotknąć głowy misia

NPM 11/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
W sercu gór Rofan, w tle Gschöllkopf (2039 m n.p.m.) (FOT. DANIEL PRZEWOŹNY)
Największe jezioro w Tyrolu z rozległymi plażami? Podróż statkiem? Leniwe spacery po 1000 m n.p.m.? Zaprawiony w bojach turysta na samą myśl o tego typu atrakcjach popuka się w czoło z dezaprobatą. Ale przecież wokół tej wielkiej wody amatorów mocnych wrażeń zapraszają liczne via ferraty, a na rodziny z dziećmi czeka na przykład Głowa Misia. Achensee nie warto omijać z daleka.

Jedyne skojarzenie, jakie do tej pory miałem z rejonem Achensee, to największe jezioro w Tyrolu – prawie siedem kilometrów kwadratowych powierzchni, aż dziewięć kilometrów długości, średnio kilometr szerokości. Oficjalne materiały informacyjne, które otrzymuje na dzień dobry niemal każdy turysta, na pierwszy rzut oka brzmią strasznie banalnie. „Jezioro błyszczy turkusem i ultramaryną. Ma przekorną naturę; chwilami przypomina tropikalną lagunę, chwilami spieniony Atlantyk. Osobliwy jest nie tylko jego rozmiar, lecz również przedziwna kolorystyka wody. Oświetlona słońcem toń rozbłyskuje tysiącem barw i odcieni” – kiedy człowiek czyta takie opisy, ma wrażenie, że to bardziej pasuje do Lazurowego Wybrzeża albo słonecznej Majorki, a nie do serca Alp. Ale nawet z tych reklamowych opisów można coś wyłuskać. W końcu „brzegi jeziora wrzynają się pomiędzy góry niczym skandynawski fiord”, od wschodu otacza je górski masyw Karwendel, od zachodu zaś Rofan. No, to już brzmi zdecydowanie lepiej. Zatem kierunek – Achensee.

Parowóz na dzień dobry
Austriacka autostrada A12 od granicy z Niemcami do Innsbrucku ma swój urok. Zapytacie, co może być porywającego w dwupasmowej drodze, po której jeżdżą tiry, a zdyscyplinowani kierowcy zgodnie z ograniczeniami nie przekraczają przepisowych 100 km/h? Otóż po obu stronach dumnie prężą się skaliste wierzchołki pierwszych alpejskich szczytów. Wystarczyć przejechać przez nadgraniczny
Kufstein i naprawdę jest na czym oko zawiesić. W takich okolicznościach człowiek zapomina o trudach kilkunastogodzinnej podróży. Na wysokości miejscowości Kramsach widać już strzeliste granie grupy Rofangebirge. Te należące do Północnych Alp Wapiennych góry nie są wysokie (ich najwyższe partie ledwo przekraczają dwa tysiące metrów), ale z tej perspektywy prezentują się naprawdę imponująco. Giewont widziany z Krupówek wygląda przy tym bardzo ubogo.
W Wiesing (566 m n.p.m.) opuszczamy autostradę i powoli wspinamy się autem do góry. Prawdziwą przygodę czas zacząć. Na jednym z zakrętów po lewej stronie dołącza do nas na chwilę zabytkowa linia kolejowa – to Dampf-Zahnradbahn (Achenseebahn), urocza kolejka, która skończyła właśnie 125 lat. Charakterystyczny gwizd i sapanie leciwej lokomotywy to jedna z największych atrakcji regionu, zwłaszcza na pochmurne dni, gdy wyjście w góry jest niemożliwe.
– Zgodę na budowę kolei z Jenbachu nad południowy brzeg jeziora Achensee wydał sam cesarz Franciszek Józef I. Okoliczni mieszkańcy nie wierzyli, że to się może udać. Przecież to prawie pół kilometra przewyższenia… A jednak do dziś to jedna z nielicznych alpejskich linii obsługiwanych przez lokomotywy parowe. Trasa liczy niewiele ponad siedem kilometrów, ale trzy kwadranse jazdy stanowią nie lada atrakcję nie tylko dla dzieci, ale i starszych. Sam jestem tego przykładem – powie nam później Johann Trotschek, kolejowy hobbysta, którego spotykamy w zabytkowym składzie.
Na przejażdżkę parowymi szlakami w Alpach przyjechał aż z Hamburga. Ale to właśnie Achenseebahn jest dla niego daniem głównym.
– Po raz pierwszy przyjechałem tu z dziadkiem w latach 60. Sama trasa naprawdę nic się nie zmieniła. Tylko pensjonatów znacznie więcej. Dlatego to dla mnie podróż sentymentalna – podsumowuje Trotschek.
Pociąg na pierwszy rzut oka wygląda bardzo dziwnie. Kiedy wspina się do góry, na czele składu są dwa małe wagony, a parowóz znajduje się na końcu. Wszystko przez ową różnicę poziomów między początkiem trasy w miejscowości Jenbach a jej końcem nad jeziorem Achensee. Dlatego leciwy parowozik pod górę pcha wagony, zamiast je ciągnąć?
– Z technicznego punktu widzenia to lepsze rozwiązanie, ale i tak pociąg w górę jedzie 50 minut, czyli o osiem dłużej, niż trwa zjazd w dół. Wtedy też znaczny odcinek w lesie pokonuje praktycznie na samych hamulcach – precyzuje hobbysta z Hamburga. Sympatyczny konduktor z charakterystyczną rogatywką na głowie tylko przytakuje mu z uśmiechem.
Górna stacja kolejki nazywa się Seespitz (ok. 970 m n.p.m.) i połączona jest z przystankiem statków pasażerskich kursujących po jeziorze Achensee. Dojeżdżamy tam autem, po 20 minutach od zjazdu z autostrady, pokonując kilka górskich zakrętów. Stacyjka wygląda uroczo. Całe rodziny robią tu sobie serie zdjęć. Parowóz ze statkiem i górami w tle to ulubiony kadr na pocztówkach z tego rejonu.
Kwaterę mamy dwa kilometry dalej w Pertisau, niewielkiej turystycznej miejscowości na zachodnim brzegu jeziora. To będzie nasza baza wypadowa na kilka najbliższych dni. Pertisau słynnie między innymi z rozległego pola golfowego. Ale nie to nas interesuje. Skoro jesteśmy między dwoma górskimi pasmami: Rofan i Karwendel, to plan wędrówek zostaje sprawiedliwie podzielony.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Inne masywy Alp Austriackich (m.in. Dachstein, Oetztalskie)

Zobacz też