Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Ja – małpa, czyli dlaczego nie potrafię być normalny?

NPM 1/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Karolina Smyk
Autobiografia wspinaczkowa Jerry’ego Moffatta, topowego w latach 80. i 90. wspinacza brytyjskiego, jest pełną pasji opowieścią o stuprocentowym oddaniu wspinaczce.

To ciekawe, że dyslektyk, który w szkole nie potrafił przyswoić sobie tabliczki mnożenia, z bardzo dużą dokładnością, autentycznością i warsztatową sprawnością odtworzył 30 lat swojego wspinaczkowego życia. Może to fenomen, może zasługa kapownika, najpewniej duża pomoc autora widmo. Moffatt odtwarza po kolei wszystkie etapy wtajemniczenia – od pierwszych prób w skałkach Walii po pełne uzależnienie i całkowite oddanie sprawie, wyrażające się w pokonywaniu największych wyzwań w skałach Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i USA. Autor zwierza się czytelnikowi ze swoich motywacji, nakreśla proces podporządkowywania swojego życia wspinaniu pod względem mentalnym i fizycznym. Plastycznie opisuje harówkę na treningach, dzięki którym długo utrzymywał szczytową formę. Jako nastolatek założył sobie, że będzie żył „w brudzie i bez szmalu i biegał po ścianach”.
Przez pierwsze lata zasilał subkulturę bezrobotnych wspinaczy. Współtworzył bandę chudzielców wiodących minimalistyczne życie za grosze, pomieszkujących w grotach, jaskiniach, azbestowych altanach, gnijących namiotach, zainteresowanych wyłącznie skałą i rozwiązywaniem problemów – wytyczaniem nowych, trudnych dróg oraz zaliczaniem najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych. A potem podróżował do najciekawszych wspinaczkowych miejsc na świecie dla zaspokojenia własnych ambicji na wybitnych drogach skalnych i na zawodach wspinaczki sportowej, ale i po to, by dzielić się filozofią wspinania, „być natchnieniem i inspiracją dla innych wspinaczy”. Równie silnym napędem była rywalizacja, mierzenie się z najlepszymi, z czołówką tamtych lat.
Skromny nie jest. Pisze o tym, jak śrubował światowe standardy wspinania. Siebie postrzega jako tego, który wyprzedzał swoje czasy i przesuwał granice niemożliwego. W tle, niejako przy okazji, toczy się opowieść o brytyjskim światku wspinaczkowym i o etosie wspinania w ogóle. Przewijają się tutaj głośne nazwiska sceny wspinaczkowej zachodniego świata lat 80. i 90., nazwy słynnych bulderów oraz dróg skałkowych, rozmaite style wspinania. Najważniejsze jest jednak napieranie, napieranie i jeszcze raz napieranie, rozpracowywanie ruchów, techniczne niuanse wspinaczki. Inne wątki są poboczne. Kryzysy spowodowane kontuzjami, wypadkiem motocyklowym, śmiercią brata są tylko krótkimi przerywnikami. A jednak nie jest nudno. I to nie tylko dlatego, że opisane tu wydarzenia były przełomowe, trudne, czasami dramatyczne.
Moffatt jest sympatycznym, bardzo pozytywnym, bezpretensjonalnym gościem, entuzjastycznie nastawionym do wszelkiej aktywności fizycznej i generalnie do życia. Poza tym, dzięki świetnej pracy teamu tłumaczka – redaktorki, książkę dobrze się czyta. Przegryzie się przez nią nawet kompletny laik. Nic dziwnego, że podczas Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju „Revelations” uznano za Książkę Górską Roku 2018 w kategorii „Literatura wspinaczkowa”.
Opowieść kończy Jerry surfer, były spełniony wspinacz. Kolejna zachłanna pasja wyzwala pytania o definicję normalności różnie pojmowanej przez ludzi, a nawet przez tę samą osobę na kolejnych etapach życia.
Jerry Moffatt, Niall Grimes, „Revelations”, Stapis, Katowice 2018.
Cena: 45 zł

Kolejna odsłona himalaistki totalnej

Bez względu na to, jaka jest bezpośrednia przyczyna wzmożonego w ostatnich miesiącach zainteresowania Wandą Rutkiewicz, dobrze, że fascynacja artystów, reporterów, biografów jest wciąż żywa.
Najnowsza książka o Rutkiewicz, napisana przez Elżbietę Sieradzińską, między innymi tłumaczkę literatury górskiej i autorkę znaną z łam branżowej prasy, potwierdza to, co o literaturze faktu wiadomo już od dawna – ilu twórców, tyle punktów widzenia i sposobów opisania tych samych osób czy zdarzeń.
Największą chęć poznania wzbudzają te biografie, których autorom udaje się dotrzeć do źródeł, faktów wcześniej szerzej nieznanych i niepublikowanych. I tak jest w tym przypadku. Sieradzińska dysponowała materiałem, do którego nikt oprócz niej nie miał dostępu. Tuż po zaginięciu Wandy Rutkiewicz na Kanczendzondze, przez rok spotykała się z jej matką, by spisać jej wspomnienia. Wówczas jednak Maria Błaszkiewicz nie wyraziła zgody na ich upublicznienie. Sieradzińska odkryła przypadkiem fragmenty tych zapisków po 20 latach od ich powstania i ocaliła, umieszczając w biografii Wandy. Udało jej się też zdobyć ważną dokumentację uczestników wyprawy holenderskiej na Broad Peak w 1990 roku, świadków śmiertelnego wypadku Kurta Lyncke-Krügera, partnera Wandy w życiu i w górach. Kontaktowała się ze środowiskiem wspinaczy norweskich, podróżowała śladami Rutkiewicz do Chamonix i Zermatt.  Powstała wciągająca, ale i niełatwa w odbiorze książka, wymagająca od czytelnika sporych kompetencji, znajomości kontekstów, oczytania, wyczulenia na detale i niuanse. Autorka dość luźno trzyma się chronologii wydarzeń, wplata dygresje i niedopowiedzenia. Zmienia miejsce i czas akcji, podążając za pobocznymi wątkami. Stosuje skróty myślowe, które zmuszają czytelnika do bycia czujnym i skoncentrowanym. Gęsto cytuje literaturę i prasę polską oraz zagraniczną, przede wszystkim francuską, robi odwołania do górskich filmów i innych źródeł audiowizualnych, wplata historyczne smaczki, wypowiedzi ludzi gór, refleksje na różne związane z górami tematy. Nie ma monotonii, narracja jest wartka i rozpisana na wiele głosów. W opisach akcji górskich autorka jeszcze bardziej podkręca tempo, stosując krótkie i mocno działające na wyobraźnię frazy. Wykorzystuje także takie zabiegi formalne, które dodają tej opowieści literackości. Choć książka nie jest wolna od błędów, zadziwia ogrom wykonanej pracy. Sieradzińskiej udało się najważniejsze – w sposób poruszający i niespotykany oddała złożoność i niejednoznaczność własnej bohaterki.
Czy jest sens pisania następnych książek o Wandzie Rutkiewicz po dwóch ostatnich, tak różnych pod każdym względem, ale i dobrze uzupełniających się, autorstwa Anny Kamińskiej i Elżbiety Sieradzińskiej? Tak, ponieważ na zbadanie wciąż czeka obszerne archiwum Wandy Rutkiewicz, którego zawartość rzuci zapewne nowe światło na niejeden wątek życiorysu himalaistki, oraz słabo wyeksplorowane źródła prasowe, szczególnie z obszaru niemiecko i włoskojęzycznego.
Elżbieta Sieradzińska, „Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.
Cena: 49,90 zł

---

To są prawdziwi profesjonaliści

TOPR jest jedną z najlepiej wyszkolonych górskich grup ratowniczych na świecie i mimo prawie 110-letniej historii nie doczekał się jak dotąd wszechstronnego opracowania. Ta książka jest taką próbą.
Opisem dziejów polskiego ratownictwa tatrzańskiego przez lata zajmował się Michał Jagiełło, a jego „Wołanie w górach”, czyli kronika akcji ratunkowych TOPR, jest wielokrotnie wznawianym klasykiem. Wielką wartością książki Jagiełły jest to, że autor znał TOPR od podszewki, ponieważ sam był ratownikiem, a nawet naczelnikiem. Natomiast Beata Sabała-Zielińska opisuje Pogotowie z innej perspektywy, a mianowicie przez ludzi, którzy w nim pracują. Przychodzi z zewnątrz, ale nie jest obca. Mimo że reprezentuje świat mediów, jest góralką, a zatem jest „swoja”. Dzięki temu mamy do czynienia z książką, jakiej jeszcze nie było.
W zdobyciu zaufania kilkudziesięciu rozmówców pomogło zapewne Sabale-Zielińskiej jej entuzjastyczne, podejście do tematu. Wśród partnerów do rozmów znaleźli się ratownicy różnych generacji, członkowie ich rodzin i uratowani szczęśliwcy. Dowiemy się, kim są ratownicy, jak wygląda ścieżka kariery od kandydata na kandydata poprzez ratownika ochotnika po zawodowego. Poznajemy także, na czym konkretnie polega ich praca. A że „magia czerwonego polarka jak trwała, tak trwa” i toprowiec to dla zwykłego śmiertelnika trochę kosmita, autorka dekonstruuje stereotyp ratownika, człowieka z syndromem boga, typowego samca alfa z elitarnego i hermetycznego stowarzyszenia z dużymi tradycjami.
Okazuje się, że generalizacja ma tu jednak rację bytu. Toprowców wiele łączy. Świadomie wybierają swój zawód, są wrażliwi na drugiego człowieka, twardzi. Zdarza im się „pęknąć” pod wpływem przeżyć, jednak etos ratownika i idea ratowania życia rozpala każdego z nich. Autorka opowiada o TOPR, przywołując głośne, spektakularne akcje ratownicze według poszczególnych typów ratownictwa: ścianowego, lawinowego, nurkowego, medycznego, tego przy użyciu śmigłowca, po najbardziej wymagające, czyli jaskiniowe. Sabała-Zielińska serwuje czytelnikowi kawał historii TOPR-u, skupiając się na ostatnich kilkudziesięciu latach, wciąż żywych we wspomnieniach rozmówców. Nie omija tematów trudnych, drażliwych, jak sytuacja kobiet ratowniczek czy epizod odłączania się TOPR od GOPR.
Pokazuje, jak zmieniało się Pogotowie, akcentuje kamienie milowe w jego rozwoju, rewolucyjne wynalazki. Dominuje styl gawędziarski, swobodny. Autorka specjalnie nie koryguje i nie filtruje tego, co mówią rozmówcy. Cytowane wypowiedzi zachowują swoją specyfikę i naturalność. Sama także daje się ponieść, szczególnie pisząc o groteskowo zachowujących się turystach i kuriozalnych sytuacjach, do jakich nierzadko dochodzi w Tatrach. Dla miłośników najwyższych polskich gór to pozycja obowiązkowa.
Beata Sabała-Zielińska, „TOPR. Żeby inni mogli przeżyć”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Cena: 39,90 zł


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też