Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Dolomity

Inglisz? Nie panimaju!

NPM 10/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
Trzy charakterystyczne wierzchołki Sciliar to najbardziej rozpoznawalny obrazek Południowego Tyrolu (fot. Tomasz Cylka)
Region dla niemieckich i austriackich dziadków, którzy nie mają co robić ze swoimi wysokimi emeryturami. Ewentualnie idealna przystań dla rodzin z małymi dziećmi, które uwielbiają wjeżdżać wyciągami na okoliczne szczyty i beztrosko podziwiać okolice, leżąc na wygodnym leżaku. Takie miałem skojarzenia z Południowym Tyrolem. Pomyliłem się. Ale żeby się o tym przekonać, trzeba wyjść na wysokość ponad dwóch tysięcy metrów.

Choć Południowy Tyrol leży dziś w północnych Włoszech, to tradycje ma niemieckojęzyczne. Jego historia sięga tak naprawdę średniowiecza, ale poprzestańmy na I wojnie światowej.

Tylko po włosku i niemiecku
Region ten aż do 1919 roku należał do monarchii habsburskiej. Sytuację tę zmienił traktat pokojowy w Saint-Germain, podpisany po zakończeniu I wojny światowej, który wcielił te tereny do Włoch. Gdy więc do władzy doszedł Mussolini, nastąpiła przymusowa italianizacja niemieckojęzycznej części Południowego Tyrolu. Tym samym rozpoczęły się konflikty polityczne i narodowościowe. Język niemiecki został oficjalnie zakazany, zniknęły oryginalne nazwy miejscowości. Nawet nazwiska mieszkańcy musieli zmieniać na włoskie. A kto się rozporządzeniom opierał, musiał się liczyć z represjami.
Po II wojnie światowej sytuacja też do końca się nie uspokoiła. Dopiero zatwierdzony w 1972 roku statut prowincji Bolzano (niem. Bozen) zagwarantował równouprawnienie niemieckiego i włoskiego języka w całej prowincji. Konsekwencje tak skomplikowanych dziejów tego regionu widać w Południowym Tyrolu do dziś. Nazwy w miejscach publicznych są dwujęzyczne, w szkołach dzieci bez problemu mogą się uczyć po niemiecku, w języku Goethego odprawiane są także nabożeństwa. Ale że oba kraje należą do Unii Europejskiej, to o narodowościowych czy politycznych sporach nikt już głośno nie mówi.
Niemieckojęzyczne tradycje tego położonego we Włoszech regionu mogą mieć jednak też swoje minusy. Szczególnie dla turystów nie władających tym językiem. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Bo po angielsku trudno się tu porozumieć. W informacji turystycznej w uroczej miejscowości Fie allo Sciliar (Völs am Schlern), którą w gronie przyjaciół wybraliśmy na bazę naszego ponadtygodniowego pobytu, nie było żadnego przewodnika czy folderu turystycznego w innym języku niż włoski czy niemiecki.
– Bardzo mi przykro, ale foldery w języku angielskim się rozeszły. Map też żadnych nie ma – młoda dziewczyna obsługująca turystów w tradycyjnym tyrolskim stroju jest bardzo sympatyczna, ale poza uśmiechem niewiele może zaoferować.
Mówi się, że zakochani w swoim języku są w Europie przede wszystkim Francuzi. Ale w południowym Tyrolu jest podobnie. Menu w restauracji – tylko po włosku i niemiecku. Informacja na szlakach, przy wyciągach i kolejkach turystycznych – podobnie. Już po dwóch dniach pobytu jest to bardzo uciążliwe. Nasza cierpliwość kończy się, gdy kelnerka w jednej z restauracji w Castelrotto, słysząc słowiański język, oznajmia z rozbrajającą szczerością:
– Inglisz? Nie panimaju – mówi, podając menu w języku niemieckim.
Po takim stwierdzeniu nie pozostaje nic innego, jak tylko uciekać w góry. Na cel wędrówki wybieramy pasmo Sciliar.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Dolomity
Włochy

Zobacz też