Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Wielka Fatra

Idealny koniec jesieni

NPM 11/2012
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Grupiński
Mroźny poranek na szczycie Šiprúň. W tle z prawej piramida Rakytova (fot. Grzegorz Grupiński)
Nie tak strzelista jak Tatry Wysokie, nie tak urozmaicona jak Mała Fatra, ani nie tak rozległa jak Niżne Tatry. A jednak Wielka Fatra jest wyjątkowo atrakcyjnym celem górskiej włóczęgi. Również w listopadzie.

Wielka Fatra (Veľká Fatra) leży niemal w sercu Słowacji. Jej centralne położenie w stosunku do innych, okolicznych pasm przynosi obietnicę widoków bliskich sercu każdego górołaza – na prawdziwe morze gór.
Różni się jednak od swoich sąsiadów pod względem zagospodarowania turystycznego. Znacznie mniej tutaj narciarskich ośrodków, asfaltowych szos wdzierających się w głąb gór i wysoko położonych wsi. Miejsca, gdzie można zanocować na wielkofatrzańskim grzbiecie w bardziej „cywilizowanych” warunkach, można policzyć na palcach jednej ręki. Alternatywę tworzy kilka drewnianych szałasów i wiat, nadających się do biwakowania.
Dla naszej ekipy – sześciu chłopa, którym cudem udało się zgrać na wyjazd w tym samym terminie – dodatkową motywacją do odwiedzenia Wielkiej Fatry był fakt, że nikt z nas nie był w tych górach. Kiedy więc spotykamy się na A4 w pewnym fast foodzie, nazywającym się restauracją, nastroje są bojowe. Teraz brakuje nam tylko pogody. W listopadzie zwykle o nią trudno, ale prognozy są optymistyczne.

Na dwa wozy
Dwa wozy na stanie ekipy dają nam jedną fantastyczną możliwość. Możemy je rozstawić po przeciwnych stronach masywu. To, jak sądzimy, pozwoli nam w trzy krótkie listopadowe dni przemierzyć kawał gór bez tracenia czasu na zbędną logistykę. Jedno auto zostaje w Blatnicy na zachodnim krańcu Wielkiej Fatry. Upychamy się w szóstkę w drugi wóz, zastanawiając się, czy aby na trasie do Rużomberka nie jest wymagana winietka. No, ale o trzeciej w nocy kontrole zdarzają się chyba dość rzadko…
Podjeżdżamy, jak wysoko się da, do przysiółka Hrabovo pod ośrodkiem narciarskim Malinné. Mroźne powietrze, szczęk kijków o kamienie, błyskanie czołówek i pierwsze upragnione metry pod górę. Lubię ten moment, kiedy stawiam pierwsze kroki w nieznanym dla siebie masywie. Choć Wielkiej Fatrze daleko do egzotycznych, dzikich terenów, czuję posmak przygody – przed nami trasa, której przejście według mapy ma zająć nam około 11 godzin. Żeby w trzy dni zobaczyć jak najwięcej, zdecydowaliśmy się nie obciążać biwakowym i kuchennym sprzętem, chociaż fajnie byłoby się przespać w którymś z szałasów. Cel: chata pod Borišovem, jedyne prawdziwe schronisko w Wielkiej Fatrze.

Wielkie „Y”
Dobry był ten pomysł z nocnym podejściem. Dzięki temu nie marnujemy dnia na łażenie po lesie. Szybko zdobywamy wysokość, nie tracąc czasu na odpoczynki. Gdzieś po lewej ręce zostawiamy pogrążony w ciemnej dolinie sławny Vlkolinec – wieś skansen, wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zaś po prawej ręce centrum narciarskie Malinné.
Mglisty poranek wita nas na pierwszej polanie, wyściełanej oszronionymi trawami. Zawieszeni w bezmiernym mleku mgły drepczemy coraz wyżej, aż do przełęczy pod szczytem Šiprúň (1461 m n.p.m.). Zadzieramy głowy w górę stromego stoku, którym prowadzi odgałęzienie ścieżki na wierzchołek.
– Idziemy czy nie? – zastanawia się towarzystwo.
– Patrzcie, coś się dzieje z tą mgłą, zaraz powinno się rozchmurzyć – włączam się do dyskusji. Idziemy, idziemy!
Nie wszyscy dali się ponieść optymistycznej wizji, Łukasz i Przemo idą dalej grzbietem. Marek, Mariusz, Tomek i ja odbijamy w bok czerwono znakowaną ścieżką. Po kilkuset metrach triumfujemy. Mgła rozwiewa się w błyskawicznym tempie. W oddali, znad zwartego morza mgieł dźwigają się Tatry Zachodnie i odosobniona wyspa Wielkiego Chocza. Po drugiej stronie, blisko nas falują oszronione połacie świerkowego lasu, kulminując w Smrekovicy (1530 m n.p.m.). Za nią wypiętrza się charakterystyczna piramida Rakytova (1567 m n.p.m.). Tam będziemy za kilka godzin. Sycąc się perspektywą długiego marszu w takiej scenerii, żałujemy kolegów, którzy tuptają teraz bez widoków w ciemnym lesie.
Nie ma to jak jesienna inwersja – oślepiające słońce na grani i chmury pod nogami. Jednak szybko ruszamy z powrotem na główny szlak, bo droga przed nami daleka.
Doganiamy ekipę w pobliżu wojskowego sanatorium Smrekovica. Liczyliśmy, że da radę zamówić tu jakieś śniadanie, jednak wszystko wygląda na pozamykane.
– Najemy się kawałek dalej, w górskim hotelu – uspokajamy się, bo taki też był plan. Przydałaby się jakaś jajecznica albo paróweczki. Niestety, niedaleki horský hotel Smrekovica, tak jak jego wojskowy imiennik, również okazuje się zamknięty. Po jakimś czasie samochód przywozi panią, która oznajmia, że może nam zrobić śniadanie, ale za godzinę. Nam się spieszy, więc sycimy się kabanosami, batonami i resztkami herbaty z termosu.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też