Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Chiny

Herbaciana przygoda

NPM 1/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Mateusz Surówka
Położone na wysokości 3800 m n.p.m. Tagong zachowało swoją autentyczną, tybetańską zabudowę (fot. Mateusz Surówka)
Niewiele chińskich prowincji jest tak znanych na świecie jak Syczuan. Pierwsze skojarzenia to pikantna kuchnia, ojczyzna pandy wielkiej czy tragiczne w skutkach trzęsienia ziemi. Mnie do Syczuanu przyciągnęły jednak mniej znane, ale nie mniej istotne symbole tej prowincji – herbata i góry.

Chiny to ojczyzna herbaty. Państwo Środka nie tylko pierwsze rozpoczęło jej uprawę, ale też przez stulecia eksportowało ją do sąsiednich krajów. Panuje zgodność w ustaleniu, że szlak herbaciany zaczynał się w chińskich prowincjach Yunnan i Syczuan, łączył się we wschodniej części Wyżyny Tybetańskiej i dalej przez Lhasę prowadził aż do północnych Indii. Ostatnie karawany wyruszały nim zaledwie 70 lat temu. Jednak przez ten czas szlak herbaciany zmienił się bardziej niż przez ostatnie siedem stuleci.

Wielki Budda, wielki deszcz, wielkie tłumy
Wylądowałem w Chengdu, stolicy Syczuanu. To już mój trzeci wyjazd do Chin, w których dotychczas spędziłem w sumie rok życia, odbywając praktyki studenckie w Pekinie, a potem Shenzhen. Jednak w Chengdu jestem po raz pierwszy. Nie czuję już takiego podniecenia jak dawniej. Przez mokre okna autokaru oglądam miasto, które niczym się nie różni od innych wielomilionowych chińskich molochów. W każdym kierunku ciągną się osiedla 40-piętrowych bloków bądź wysokich żurawi zwiastujących kolejne budynki. Są potrzebne dla setek tysięcy Chińczyków migrujących z wiosek do miast. Dla mnie jednak skala tego urbanistycznego przeobrażenia jest zawsze przygnębiająca.
Choć Szlak Herbaciany zaczyna się dopiero w Yaan, położonym około 200 kilometrów na zachód, tradycje herbaciane Chengdu same w sobie stanowią dużą atrakcję miasta. Wraz z poznaną trzy lata wcześniej w Pekinie Chinką, mieszkanką Chengdu, udaję się do jednej ze słynnych herbaciarni w Parku Ludowym. Przedstawiam Jinjin plan mojej podróży do antycznej tybetańskiej prowincji Kham, administracyjnie leżącej na terenie Syczuanu. Popijając Zhuyeqing, lokalną odmianę zielonej herbaty, rozmawiamy o innych atrakcjach Syczuanu. Dla mnie najciekawszy wydaje się być Wielki Budda z Leshan.
Pierwszego dnia, na rozgrzewkę, decyduję się na całodzienną wycieczkę do nizinnego Leshan w południowej części Basenu Syczuańskiego. Czeka mnie tam spotkanie z wykutym w nadrzecznym klifie, gigantycznym Buddą. Pomimo deszczowej pogody, ilość chińskich turystów jest przytłaczająca. Na szczęście, już po chwili okazuje się, że Wielki Budda nie jest jedynym, który znalazł swoje schronienie w tej okolicy. W każdym wystającym z bujnej roślinności kawałku skały został wykuty mniejszy lub większy posąg. Z przyjemnością oglądam kunszt pracy starych kamieniarzy.
Strome, brukowane ścieżynki prowadzą między świątyniami, stawami i posągami, przez tropikalny las na spotkanie z Buddą. Przedzierając się przez gęstniejący tłum, docieram do cennego miejsca przy barierce. Znajduję się z tyłu posągu, niejako nad jego głową, i podziwiam jej ogrom. Niestety, nie mogę obejrzeć kolosa z innej perspektywy, gdyż wielka rwąca rzeka Minjiang podmyła nogi Oświeconego, a schody prowadzące na niższe poziomy klifu zostały zamknięte. Przemoknięty i odrobinę zawiedziony kieruję się powoli w stronę bramy parku.
Późnym popołudniem w rozmowie z obsługą hostelu narzekam na deszczową pogodę w trakcie zwiedzania, zastąpioną w końcu przez duszne, wilgotne powietrze.
– Przecież teraz świeci słońce – mówi Chinka z recepcji.
Patrzę na szarożółte, zasłonięte smogiem niebo. I naprawdę nie wiem, z której strony słońce mogłoby świecić.

Antyczny Szlak Herbaciany
Z Chengdu jadę autokarem do Kangding. Zanim Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza wybudowała asfaltową drogę, był to najtrudniejszy fragment całego szlaku. Mijamy Yaan, niegdyś ostatnie chińskie miasto na trasie. To tutaj organizowano ekspedycje tragarzy, którzy na własnych plecach nosili stukilowe ładunki sprasowanych herbacianych kostek. Mając na nogach jedynie szybko niszczące się słomiane buty, musieli pokonać ponadstukilometrową, kamienno-błotnistą trasę przez góry, które niczym mur dzieliły przez wieki cywilizacje Chin i Tybetu.
W pewnym momencie nasz autokar zatrzymuje się. Drogę zablokowało błotne osuwisko, typowy problem komunikacyjny o tej porze roku. Cierpliwe czekamy, aż mała koparka upora się z górą mokrej ziemi, która zalała jezdnię.
Dawniej na pokonanie trasy, na którą obecnie wystarczy pół dnia, liczono 20 dni. Do tego dzisiaj najtrudniejszy fragment jest omijany czterokilometrowym tunelem. Niegdyś zaś tragarze musieli się wspinać na znajdującą się na 4000 m n.p.m. przełęcz Erlang Shan, gdzie często padali ofiarą nagłych załamań pogodowych i zamieci śnieżnych.
Wysiadając z autokaru w Kangding (2400 m n.p.m.), pełen radości obserwuję pierwszy skrawek niebieskiego nieba. Czuję też ostre górskie powietrze, całkiem inne od tego, jakie było o poranku. Mój hostel znajduje się na wzniesieniu, niedaleko miejsca, w którym piszący dla „National Geographic” przedwojenny podróżnik Joseph Rock zrobił zdjęcie starego Kangding. Na stuletniej fotografii widać rzędy drewnianych domków, wciśnięte w dolinę. Na pierwszym planie pyszni się piękny neogotycki kościół, wybudowany przez aktywnych w tym regionie świata francuskich misjonarzy. Próbuję znaleźć w pejzażu miasta choć jeden budynek ze zdjęcia. Niestety, Kangding zmieniło się nieodwracalnie w typowo chińskie miasto – kolorowe, głośne i zalane kiczem. Zaskakujące jest to, o ile wyższe było poczucie estetyki w dawnych czasach i jak bardzo cierpi na modernizacji krajobraz tej części świata.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Chiny

Artykuły z pasma Góry Środkowej Azji (Tadżykistan, Kirgistan...)

Zobacz też