Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

z biegu wzięte |

Halucynacje, czyli szlaban na drodze

NPM 4/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Piotr Hercog
()
Na początku mojej kariery sportowej, startując jeszcze w rajdach adventure, często miewałem halucynacje wywołane przemęczeniem organizmu. Ogromny wysiłek fizyczny i psychiczny związany z kilkudniowymi zawodami oraz minimalna ilość snu powodowały, że niekiedy bardziej niż ciało zmęczony był mózg.

Po kilku latach startów organizm już się przyzwyczaił do wzmożonego wysiłku i z biegiem czasu byłem już w stanie nad tym zapanować. Tak jak się polepsza forma fizyczna, tak można ćwiczyć i głowę. Zwłaszcza, że w ultratrudnych i długich biegach, jak na przykład w Moab Endurance Run na dystansie 400 kilometrów, praktycznie trzy czwarte trasy pokonuje się głównie psychiką. Tak więc przekroczyłem jakiś próg, podniosłem sobie poprzeczkę i bezpowrotnie halucynacje ode mnie odeszły. Ale gdy ze mną jeszcze były, każdy start przynosił jakieś zabawne historie.
Na przykład podczas biegu w Beskidach nocą drzewa i księżyc stworzyły iluzję baśniowych budynków pośrodku lasu. Była ona tak realna i namacalna, że aż przystanąłem, pytając moich kompanów, czy widzą to samo co ja? Zasugerowałem im tylko, że jest to jakiś baśniowy świat, a oni równie zmęczeni, widzieli oczywiście to samo. Innym razem, tuż pod Baranią Górą nagle zobaczyłem… stertę kajaków, oświetloną przez stojące obok lampy. Zastanawiałem się, czy to halucynacja, ponieważ widok ten był bardzo realistyczny. Z drugiej strony, kto zadałby sobie tyle trudu, by na szczyt Baraniej Góry wnieść kajaki? Nie chcąc sugerować, co widzę, zapytałem koleżanki, co tam w oddali leży? Jej odpowiedź zwaliła mnie z nóg. – Jak to co?! Kajaki – odpowiedziała z pełnym przekonaniem. Zacząłem się wtedy mocno zastanawiać, czy istnieje taki stan zmęczenia, że nasze mózgi wyłapują jakieś wspólne fale i przenikają się podobnym myśleniem.
Ze śmieszną sytuacją wiąże się również mój pierwszy start w barwach Speleo Salomon Team. To był 2006 rok, znów Karkonosze, trzecia noc ścigania. Od Słoneczników wchodzimy na grań, by przez Dom Śląski, Śnieżkę i Przełęcz Okraj dotrzeć do mety w Karpaczu. Jesteśmy na prowadzeniu. Wiatr duje jak szalony. Śnieżyca ogranicza widoczność do metra. Tej nocy odnotowano wiatr w porywach do 150 km/h. Wtem, na grani widzę ptaszka. Jestem w półśnie, przecieram zatem oczy, ale obraz nie znika. Wiatr podcina go, on upada, toczy się i znów próbuje wstać. Chcę go uratować, jednak wiem, że odłączenie się od grupy grozi zagubieniem. Krzyczę, by zaczekali, jednak w tej wichurze nikt mnie nie słyszy. Rzucam się heroicznie w obronie zwierzaka i po 10 metrach łapię go jakimś cudem i chowam za pazuchę. Doganiam też ekipę. Przed Domem Śląskim postanawiamy zjeść ostatniego batona przed finiszem. Kulimy się przed wiatrem pod schodami zamkniętego schroniska. Byle bliżej, byle cieplej. Wtem przypominam sobie o małym towarzyszu. Chcę go przedstawić ekipie. – Pokażę wam ptaszka! – mówię, rozsuwam kurtkę i energicznie szukam czegoś pod nią. Ekipa truchleje. Posądzają mnie już nie tylko o halucynacje, ale osiągnięcie granicy obłędu. Jakie jest ich zdziwienie, gdy spod kurtki wyciągam żywą sikoreczkę.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

Współpraca Paulina Wierzbicka i Wojciech Grzesiok


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też