Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Okiem Bazyla |

Granice wytrzymałości (widza)

NPM 8/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Andrzej Bazylczuk
(fot. Grzegorz Stodolny)
Wiele jest górskich filmów, które robią takie wrażenie, że aż chce się założyć konto na Filmwebie tylko po to, by dać im maksymalną ocenę. I są też „Granice wytrzymałości”, które z pewnością do powyższej grupy się nie zaliczają, a i tak odniosły spektakularny sukces.

Zawsze miałem „Granice wytrzymałości” za film słaby i bezdennie głupi. Dużego szoku doznałem więc, gdy odkryłem, że obraz ten okazał się sporym hitem. Chociaż recenzenci często podzielali mój sceptycyzm, to widzowie zagłosowali portfelami i wybierali go znacznie chętniej niż wiele – zdawałoby się – lepszych produkcji z 2000 roku. „Granice wytrzymałości” zarobiły grubo ponad 200 milionów dolarów! Ta świadomość sprawiła, że zacząłem się zastanawiać, jakim cudem film ten okazał się finansowym sukcesem. Aby to odkryć, postanowiłem obejrzeć go ponownie, ale teraz zamiast łapać się za głowę i głośno komentować kolejne prezentowane na ekranie nonsensy, zdecydowałem, że naładuję się pozytywną energią i wyszukam pięć powodów sprawiających, że „Granice wytrzymałości” warto obejrzeć.
 
Widoki. Zapierające dech w piersiach plenery to niezaprzeczalny plus w zasadzie każdego górskiego filmu i „Granice wytrzymałości” nie odstają od tego standardu. Akcja dzieje się na K2, więc można pooglądać trochę Karakorum, ale w azjatyckie pasmo wcieliły się głównie Alpy Południowe na Nowej Zelandii, czyli w rodzinnym kraju reżysera – Martina Campbella. Kilka ujęć nakręcono także w malowniczej Monument Valley na granicy Utah i Arizony. To ostatnie miejsce filmowcy upodobali sobie szczególnie. Można je zobaczyć między innymi w klasycznych westernach Johna Forda (na przykład „Jak zdobywano Dziki Zachód” i „Rio Grande”) oraz takich produkcjach, jak „2001: Odyseja kosmiczna”, „Powrót do przyszłości III”, „Forrest Gump” czy w czwartej części „Transformersów”.
 
Przygoda. Umówmy się, historia o bieganiu po K2 z nitrogliceryną jest tak naciągana, że aż głośno trzeszczy. Jest jednak sposób, by z jej oglądania czerpać przyjemność. Trzeba przestać myśleć i chwilowo zapomnieć o wszystkim, co się wie na temat wspinaczki i praw fizyki. Za żadne skarby, w żadnym momencie nie wolno też zadawać sobie pytania: „dlaczego?”. Innymi słowy, „Granice wytrzymałości” trzeba potraktować jak kreskówkę, w której animowani bohaterowie radośnie okładają się po głowach gigantycznymi młotkami, a nikt nie dziwi się, że nie lądują w szpitalu ze wstrząsem mózgu. Jeśli zdołacie w ten sposób chłonąć zaprezentowaną przygodę, to jej oglądanie może okazać się zaskakująco pozytywnym doświadczeniem.
 
(...)
  
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też