Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Julijskie

Gotyk zaklęty w wapień

NPM 5/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Piotr Skrzypiec
Góry Martuljskie z zachodnich Karawanków (fot. Piotr Skrzypiec)
Góry Martuljskie pną się ku niebu niczym średniowieczne katedry, bronione przez pierścienie murów obronnych, pełnych wieżyczek wapiennych turni. Otaczają je fosy Savy Dolinki i płynącego dnem Vrat potoku Bistrica. Niedostępność terenu oraz brak znakowanych szlaków wynagradzają niepowtarzalne widoki zarezerwowane dla nielicznych wędrowców wtajemniczonych w tę julijską krainę.

Na początku mojej górskiej przygody wpadł mi w ręce wydany w roku moich narodzin zeszyt Studenckiego Koła Przewodników Górskich w Krakowie, w którym opisano dolinę Vrata w Alpach Julijskich. Rozczytywałem się namiętnie w opisach karkołomnych tras, nie wiedząc jeszcze, że za lat kilka sam będę członkiem tej niesfornej studenckiej gromadki, za kilkanaście zwiążę swoje życie ze słoweńską ziemią, zaś mityczne Vrata staną się dla mnie bardziej codzienne niż Radziejowa czy Kozi Wierch.

Wiosna górą!
Istnieje w górach magiczny czas, kiedy seledyn świeżych bukowych liści w dolinnych lasach walczy z bielą śniegu w górach. Dojrzałą wiosną, na przełomie maja i czerwca, warunki w słoweńskich Alpach są zazwyczaj wspaniałe: kilkudniowe wyże zapewniają stabilną pogodę, a przeobrażony śnieg jest cudownie twardy i bez trudu nosi ludzki ciężar. Większość ferrat śpi jeszcze pod śniegiem, ale sporo wysokich szczytów jest już łatwo dostępnych po niewymagających szlakach znakowanych i poza nimi.
Od pewnego czasu kuszą mnie zwłaszcza bezdroża, dlatego też jeszcze środkiem nocy parkuję auto przy drodze do polany Poldov rovt (941 m n.p.m.), leżącej nieco poniżej schroniska Aljažev dom we Vratach. Jest koniec maja, a temperatura zmusza mnie do założenia na siebie absolutnie wszystkiego, co mam w plecaku. Gwarna zazwyczaj dolina jest zupełnie pusta, a doskonale okrągły księżyc świeci na uśpione zabudowania starej ludzkiej sadyby, obok której przechodzę cichutko, by nie zbudzić czworonożnych stróżów. Budynek to ostatni ślad cywilizacji na mojej drodze. Dalej będzie mnie prowadzić już tylko wątła ścieżynka, a gdy ta się skończy – kamienne kopczyki. Moim celem jest wznoszący się ponad półtora kilometra wyżej Dovški križ (2542 m n.p.m.) – jeden z nielicznych, dostępnych bez asekuracji szczytów Gór Martuljskich.
W gęstej świerczynie zapalam latarkę i szybko wspinam się stromym zboczem. Ścieżka zgrabnie przechodzi prawą stroną ściany, z której spada huczący wodospad. Po chwili docieram do ogromnego okapu pod spiczastą turnią zwaną Małym Matterhornem, jakby stworzonego dla chwili odpoczynku.
Dopada mnie tu jasność nowego dnia. Daleko na wschodzie ciemnieje ostra grań Alp Kamnickich, a pierwsze promienie słońca muskają już podtriglavskie śniegi. Siadam oszołomiony nieprawdopodobną statyką pejzażu ujętego w kadr stromego stoku i łagodnych pagórków leżących u stóp moich ukochanych gór, których ostra grań przeszywa monotonię niebios.
Do porządku doprowadzają mnie swędzące uda. Okazuje się, że siadłem na pokaźnej kępie pokrzyw, które obficie porastają okolicę okapu. Ziąb poranka wzmacniają nieodległe śniegi, na które wchodzę po paru minutach. Biały firn to czerwcowe błogosławieństwo, umożliwiające błyskawiczne zdobywanie wysokości. Podchodzę bowiem stromą kotliną, której dno zasypane jest w lecie beznadziejnie osypującym się piargiem. Firn doskonale utrzymuje mój ciężar, a podeszwy wbijają się weń wystarczająco głęboko, by raki zostały w plecaku. Ja zaś wyposażony w kijek i czekan (tak na wszelki wypadek) wybiegam krótkimi zakosami wprost do metalowej puszki Bivaku II (2118 m n.p.m.), leżącego na krawędzi kotlinki Na Jezercach. Gdy kilka lat temu przyszedłem tu po raz pierwszy, powitał mnie zabawnym mruczeniem rosły kozioł, ostrzegając spokojnie pasące się kozice o nadejściu intruza.

Górski błogostan
Dziś przed schronem dwójka wędrowców pakuje niespiesznie plecaki. Są takie miejsca, gdzie spotkany człowiek to na tyle rzadkie zjawisko, by zamiast zdawkowego „živjo” (słoweńskie cześć) usiąść i spokojnie pogawędzić. Marko i Miha – bracia z niedalekich Lesc – przyszli tu już wczoraj po południu, by bladym świtem uderzyć na prestiżowy Visoki Rokav (2646 m n.p.m.). Poczęstowany gorącą kawą wyjmuję z plecaka wedlowską tabliczkę i bez pośpiechu pogrążamy się w rozmowie.
– Dobra ta czekolada! Co to za wynalazek? – pyta Miha, pracujący na co dzień w fabryce czekolady Gorenjka.
– Z mojego kraju-raju – odpowiadam.
– To ty jesteś z Polski? Co ty, chłopie, robisz na tym końcu świata?!
– Idę na Križ, bo... nie byłem jeszcze. Byłem za to na waszych Rokavach.
Następują pełne niedowierzania spojrzenia, bo przecież Góry Martuljskie to świat dostępny tylko dla wtajemniczonych. Wertując kiedyś książkę wpisów na niedalekiej Kukovej špicy (2427 m n.p.m.), odkryłem ze zdumieniem, że na szczyt ten wchodzą tylko Słoweńcy. Było to dość zabawne, gdyż tego dnia zdobyliśmy go silną mołdawsko-argentyńsko-polską trójką. Zresztą Góry Martuljskie odkryli tak naprawdę Czesi, niezwykle aktywni w Alpach Słoweńskich na początku dwudziestego wieku. A pożółkły zeszyt, od którego zacząłem swoją słoweńską przygodę, świadczy o tym, że trzydzieści kilka lat temu do biwaku zawitali też odziani w bordowe sweterki i ciężkie himalaje krakowscy studenci.
„Czekolada Tatrzańska” przełamuje jednak lody. Okazuje się, że chłopaki byli dwa razy w Tatrach, a góry te wywarły na nich ogromne wrażenie. Zniesmaczeni są tylko tłumami i zakazem schodzenia ze szlaków. Trochę bez przekonania tłumaczę im, że presja na niewielkie Tatry jest ogromna, że po obu stronach granicy mieszka czterdzieści kilka milionów ludzi, spośród których przynajmniej połowa chciałaby sobie choć raz w życiu pobyć w prawdziwych górach... Chyba sam w to nie wierzę, bo wystarczy popatrzeć wokół siebie. W liberalnej Słowenii można poruszać się poza szlakami nawet na terenie jedynego parku narodowego, a jesteśmy w tej chwili absolutnie sami w pustym, bajkowym kotle, zawieszonym ponad rajską doliną, wzdłuż której ciągną tłumy. O ile we Vratach często zauważyć można śmieci, o tyle tu jest czysto jak na początku świata, a niewyraźna dotąd ścieżka ostatecznie ginie w piargach tuż nad biwakiem. Z drugiej strony nierzadkie wypadki podczas bezszlakowych wycieczek dowodzą, że nie istnieje jasna odpowiedź na pytanie, czy uprzystępniać góry ludziom, czy też odgradzać je od nich murem przepisów i sankcji.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też