Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Z górskich stron |

Góry strzegą tajemnic lepiej niż ludzie

NPM 8/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Redakcja n.p.m.
()
„Sprawę Hoffmanowej” Katarzyny Zyskowskiej można nazwać kryminałem w stylu retro. Autorka oparła zamysł książki na znanej i szeroko niegdyś komentowanej tragedii, która rozegrała się pod Lodową Przełęczą. Choć od tych wydarzeń upłynęło wiele lat, to, co zaszło w zimny sierpniowy dzień wciąż zastanawia i budzi zainteresowanie. Piękna kobieta i mroczne tajemnice to połączenie, które zwykle dobrze sprawdza się jako lektura na wakacje –zwłaszcza te spędzane w Tatrach.

„Kiedy 5 sierpnia 1925, udając się na wycieczkę w Tatry, przejeżdżałem w towarzystwie kilku osób przez Łysą Polanę, obok mostu na Białej Wodzie spotkałem panią Kasznicową, która opowiedziała mi o wypadku, jaki zaszedł pod Lodową Przełęczą. Schodziła ona w towarzystwie męża i syna 12-letniego oraz nieznanego jej z nazwiska turysty z Lodowej Przełęczy do Doliny Jaworowej. Poniżej stawku nagle wszyscy trzej uczestnicy zasłabli i w ciągu 15 minut zmarli. Ona przy ciałach przesiedziała dzień i dwie noce. Śmierć nastąpiła w poniedziałek 3 sierpnia koło godziny 5 po południu. Na przełęczy była wichura z gradem” – zanotował w „Księgach wypraw TOPR” naczelnik Straży Ratunkowej Mariusz Zaruski.
Wypadek był na tyle dziwny i zagadkowy, że szybko stał się prasową sensacją. O tym, co zaszło pod Lodową Przełęczą rozpisywały się niemal wszystkie gazety, temat roztrząsano przy kawiarnianych stolikach, z zacietrzewieniem ferowano sądy. Pytano, jak to możliwe, że z wyczerpania zmarło dwóch mężczyzn i chłopiec, a przeżyła słaba kobieta? I dlaczego Kasznicowa nie zeszła po pomoc, tylko spędziła przy zwłokach tyle czasu? Kto zawinił lub co? Ówczesna opinia publiczna szybko wydała wyrok. Ponad 90 lat później swoje literackie śledztwo postanowiła przeprowadzić w tej sprawie Katarzyna Zyskowska.
Trzeba od razu zaznaczyć, że jej książka nie jest reportażem poświęconym wypadkowi pod Lodową Przełęczą, lecz powieścią osnutą wokół tych tragicznych wydarzeń. Autorka ubarwiła opowieść i dodała zmyślone wątki, które pozwoliły jej włączyć do narracji całą plejadę barwnych postaci oraz oddać klimat nie tylko międzywojennego Zakopanego, ale również Warszawy. Na potrzeby wymyślonej przez siebie historii Zyskowska przemieniła stateczną panią domu Walerię Kasznicową w aktorkę kabaretową o mrocznej przeszłości – budzącą pożądanie i zazdrość Mirę Hoffmanową (stąd tytuł: „Sprawa Hoffmanowej”). Natomiast sam wypadek, który zdarzył się w 1925 roku, usytuowała w szalonych latach 30.
Większość osób zainteresowanych tatrzańską tematyką słyszało o tragedii, która rozegrała się pod Lodową Przełęczą. Pisał o tym i Wawrzyniec Żuławski, i Michał Jagiełło, pojawiło się też trochę artykułów na ten temat. Swego czasu przyczynę tajemniczych zgonów próbowano wyjaśniać na różne sposoby. Czy warto więc sięgnąć po powieść, która jedynie inspiruje się tymi wydarzeniami? Która wypadek na Lodowej Przełęczy wpisuje w ponurą tajemnicę życia wyimaginowanej bohaterki, zupełnie zmieniając wydźwięk całej sprawy?
Jeśli szukamy sprawnie napisanej beletrystyki rozgrywającej się w górach, „Sprawa Hoffmanowej” przyniesie nam sporo czytelniczego zadowolenia. Katarzyna Zyskowska pisze lekko i barwnie, umiejętnie dawkuje napięcie, wykorzystuje publikacje prasowe, które ukazały się po wypadku na Lodowej Przełęczy, i ciekawie wplata je w fabułę książki. Szkoda tylko, że swoją bohaterkę lepi z klisz i stereotypów typowej femme fatale, szablonowo buduje też jej życie, które poznajemy w przydługich i nieco nudnawych retrospekcjach. To Mira stanowi główną zagadkę książki, a nie to, co zdarzyło się na Lodowej Przełęczy. Trochę szkoda.

Iwona Baturo

Katarzyna Zyskowska, „Sprawa Hoffmanowej”, Znak, Kraków 2019. Cena: 39,90 zł.

---

Bułgaria mało znana, czyli nie tylko plaże skąpane słońcem

Magdalena Genow, autorka książki „Bułgaria. Złoto i rakija”, urodziła się w Warnie, dwa kilometry od czarnomorskiej plaży, a wychowała w Polsce. Mówi o sobie pół-Bułgarka – jej tata pochodzi z kraju róż, jak poetycko zwie się Bułgarię, mama jest Polką. Zawieszona między dwoma językami i kulturami, Magdalena Genow proponuje podróż do Bułgarii mało znanej, tej poza kurortami i złotymi piaskami.

Z czym kojarzy się Bułgaria? Przeciętnemu Polakowi – z plażami nad Morzem Czarnym i typowym wakacyjnym odpoczynkiem; czytelnikom „n.p.m.” – przede wszystkim z górami. Że to ostatnie skojarzenie jest bardziej zasadne przekonują choćby liczby: 60 proc. powierzchni Bułgarii zajmują tereny wyżynne i górskie. Góry są dla Bułgarów ważne także z powodów tożsamościowych. Bałkan, czyli pasmo Starej Płaniny, przecina Bułgarię na dwie części, stanowi serce kraju. Masyw ten, jak zaznacza Magdalena Genow, „jest źródłem współczesnej bułgarskiej mitologii, esencją duszy Bułgara”. Opiewany w legendach i pieśniach, dawał schronienie tym, którzy walczyli z tureckim okupantem. Stał się symbolem walk o narodowe wyzwolenie. Nie przez przypadek bułgarski marsz niepodległości urządzany jest w góralskim stylu, a kraj zamieszkują tysiące osób o nazwisku Bałkański.
Góry są również ważne dla Magdaleny Genow. Do swoich ulubionych miejsc zalicza masywy Pirynu i Riły, z najwyższym szczytem Bałkanów Musałą (2925 m n.p.m.). Przyznaje, że lubi niespieszne wędrówki, noclegi w namiocie pod rozgwieżdżonym niebem. W swojej książce nie poświęca jednak górskiej przyrodzie wiele uwagi. Spragnieni opisów malowniczych szlaków, miejsc interesujących pod względem przyrodniczym, ciekawych szczytów mogą poczuć się rozczarowani – Bułgaria Magdaleny Genow to nie piękno natury, ale materialny i duchowy dorobek żyjących tam ludzi.
„Bułgaria. Złoto i rakija” nie jest książką podróżniczą. Typowym reportażem też nie. Zgodnie z tym, co pisze autorka we wstępie, to osobista opowieść – Bułgaria oglądana z bliska, a jednocześnie z pewnego dystansu, bez popadania w sentymentalizm. W tekście znajdziemy trochę wspomnień z dzieciństwa, sporo konkretów dotyczących kuchni, opis zawiłych dziejów kraju (przeszłość – ta odległa, starożytna, i ta znacznie bliższa, należenia do imperium osmańskiego – jest w Bułgarii wciąż żywo dyskutowana), listę współczesnych bolączek oraz mnóstwo informacji dotyczących folkloru i obyczajów. Nie brakuje też ciekawostek; jedna z nich wyjaśnia, dlaczego w tytule książki obok rakii pojawia się złoto.
Magdalena Genow chciała pokazać Bułgarię oddaloną od stolicy i nadmorskich kurortów, tę, do której zwykle nie docierają osoby z zewnątrz, namalować barwny fresk, oddać złożoność tamtejszej kultury. Wykonanie nie do końca się udało. Autorka przeładowała książkę faktami (natłok informacji podawanych w nieco encyklopedyczny sposób potrafi znużyć), skąpiąc czytelnikom spotkań z prawdziwymi ludźmi. Jej opowieści, poza wspomnieniami o babci, nie powodują żywszego bicia serca. To dobra lektura dla tych, którzy lubią wiedzieć więcej o historii i kulturze kraju, do którego wybierają się na wakacje lub z którego właśnie wrócili, niekoniecznie zaś inspiracja do konkretnej podróży.

Iwona Baturo

Magdalena Genow, „Bułgaria. Złoto i rakija”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019. Cena: 39,90 zł

---

My tu budujemy alpinizm kobiecy!

„Najpierw była Wanda, za nią cała banda” – mówiło się o wysokogórskich sukcesach Wandy Rutkiewicz. Swoimi dokonaniami potrafiła wyprzedzić męską czołówkę wspinania. Ale kto utorował drogę do sukcesu Wandzie? Anna Kamińska, biografka himalaistki, nie ma wątpliwości, że była to mniej medialna, ale nie mniej wybitna, charakterna i ceniona w środowisku – Halina Krüger-Syrokomska.

Jaka była? Taka „na przekór”. Jako dziecko cudem ocalała podczas bombardowania Warszawy. Góry były dla niej „ważne jak cholera”, ale kochała też życie, a zwłaszcza jego pełnię: sztukę, modę, intelektualne rozmowy przy wódeczce, papierosa za papierosem i nonszalancki stosunek do zdrowia. Na łamach książki objawia się w kontrastach: życzliwa i pomocna, a jednocześnie szczera do bólu i bezlitośnie ripostująca rozmówców. Przyjaciele wspominają, że w towarzystwie była inna niż prywatnie. A w górach inna niż w domowym zaciszu, gdzie „była mamą na sto procent”. Halina Krüger-Syrokomska, klnąca jak szewc twarda babka z fajką, to mógł być jej pomysł na siebie w zmaskulinizowanym świecie wspinania. A tego świata potrzebowała jak powietrza, bo „w górach jest cudownie nawet jak leje i można zupełnie ocipieć”.
Z pozoru więc Halina i Wanda („dama” polskiego wspinania) nie mają zbyt wiele wspólnego i są trochę jak małżeństwo z rozsądku. Najlepsze, więc skazane: na siebie i na narastający konflikt osobowości. Jeśli z jakiegoś powodu były w stanie zapomnieć o animozjach i rywalizacji, to była nim wiara w alpinizm kobiecy. W czasach, gdy „kobiety pasowały facetom do gór jak kwiatek do kożucha”, obie walczyły nie tylko z stereotypami, ale – świadome potencjału polskich alpinistek na arenie międzynarodowej – także z ograniczeniami natury społeczno-politycznej. I to jedno z nich – brak paszportu, mocno odcisnęło się na górskiej karierze Krüger-Syrokomskiej. Boleśnie odczuła też utratę pracy w magazynie poświęconym fotografii. Z wykształcenia historyk sztuki, jako jedna z nielicznych w środowisku górskim mogła się pochwalić pracą, do której chodziła z radością podobną wyjściom w góry. Jako nieliczna zapisała się też do partii.
Halina Krüger-Syrokomska należała do pierwszego pokolenia powojennych wspinaczy. Podążając jej śladami odkrywamy „epokę Długosza”, zaglądamy do tatrzańskiego Kurnika, uczestniczymy w zebraniach warszawskiego Klubu, w szkoleniach kursantów i, przede wszystkim w przełomowych dla tamtego okresu wyprawach.
Przeszła do historii, przełamując fatalistyczny mit, który po śmierci sióstr Skotnicówien (1929 rok) przez wiele lat powstrzymywał kobiety przed zrobieniem drogi na Zamarłej Turni. Wspólnie z Wandą miały na swoim koncie także pierwsze kobiece, a siódme w ogóle, przejście najdłuższej drogi w Europie, wschodniego filaru Trollryggenu. Wydarzeniem tym żyło wówczas całe znajdujące się u podnóża norweskie miasteczko, postępy Polek oglądano przez lunety, a ich zdjęcia ustawiano na sklepowych wystawach. Do Haliny należał też tytuł pierwszej Europejki na ośmiu tysiącach, zdobyty w zespole z Anną Okopińską wejściem na Gaszerbrum II podczas słynnej kobiecej wyprawy z 1975 roku, która stanowiła „szczyt wszystkich nieporozumień” między Haliną i Wandą. Ta druga, w zespole mieszanym, zdobyła wówczas dziewiczy Gaszerbrum III. „(…) równy krok kobiety i mężczyzny w alpinizmie (…) został dowiedziony” – komentował potem Jan Alfred Szczepański. Mimo trudnych relacji z Wandą, Halina zostaje jej zastępczynią podczas kolejnej kobiecej wyprawy w Karakorum. Współpraca przy K2 to szczyt ich kompromisu. „Moje dziewczęta są bojowo nastawione, ale nie będziemy chciały osiągać celu za wszelką cenę – mówi dziennikarzom Wanda. Wolę raczej przegrać, niż zostawić kogoś na K2”. Z tej wyprawy nie wróciła Halina. Polki już nigdy nie pojadą wspólnie na tak dużą kobiecą wyprawę w góry wysokie.
„Halina była świetną taterniczką, ale nie chwaliła się swoimi osiągnięciami i dlatego trzeba robić to dziś za nią i o niej przypominać” –twierdzi przyjaciel alpinistki, Jacek Kolbuszewski. Jest on jednym z wielu rozmówców Anny Kamińskiej i właśnie dzięki licznym głosom czytelnik może zbudować sobie głębszy obraz bohaterki. Ta bardzo literacka biografia nie jest ani laurką ani pomnikiem – jeśli już to odbrązowionym, ale też nie sensacyjnym. „Halina” jest opowieścią o tym, jak pięknie można wykorzystać swój czas i przeżyć go w górach nie dla osiągnięć czy sławy tylko przyjemności i towarzystwa ciekawych ludzi. Jest bogatym w didaskalia zapisem faktów i opisem sytuacji, ale też otwartym pytaniem o motywacje ludzi gór i zaproszeniem do szukania na nie odpowiedzi. I przede wszystkim jest przypomnieniem o Hali, po którym odczujecie jednak żal, że „dziś już nie ma takich kobiet”.

Iwona Baturo

Anna Kamińska, „Halina. Dziś już nie ma takich kobiet”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019. Cena: 44,90 zł

---

Jest drugie wydanie książki „Górska Korona Polski”

Wznowienie książki Bartka Andrzejewskiego „Górska Korona Polski” jest dowodem na to, że kochamy polskie góry i lubimy je odkrywać. Nie trzeba jechać na koniec świata, by przeżyć niesamowitą przygodę. Może nią być zdobycie 28 szczytów należących do Korony Gór Polski.

W 2019 roku nakładem wydawnictwa Stapis ukazało się drugie wydanie książki Bartosza Andrzejewskiego „Górska Korona Polski. Wędrówka przez cztery pory roku.” Jej pierwsze wydanie zadebiutowało na rynku dwa lata temu. Pozycja do dziś cieszy się popularnością wśród miłośników wędrówek –szczególnie tych, którzy w planach mają zdobycie Korony.
Autor, trzymając się chronologii, opisuje swoją przygodę związaną ze zdobywaniem 28 szczytów Korony Gór Polski, na które wszedł wraz ze swoim górskim kompanem Rafałem Uwijałą. Panowie dokonali tego w jednym roku kalendarzowym, stąd właśnie podtytuł książki. Andrzejewski poświęca każdej z gór jeden rozdział, w którym poza subiektywnymi opisami wrażeń, zamieszcza garść informacji praktycznych. Te są przydatne dla turysty, który chciałby się wybrać w dany rejon górski. Jednak książka nie jest klasycznym przewodnikiem, co już we wstępie autor wyraźnie podkreśla. Mamy tu raczej do czynienia z połączeniem opowiadania, elementów przewodnikowych i albumowego charakteru. „Górska Korona Polski” miała swoje pięć minut na najważniejszych górskich festiwalach, takich jak Spotkania Z Filmem Górskim w Zakopanem, czy podczas Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Lądku Zdroju, gdzie odbywały się spotkania autorskie i prezentacja książki. Bartka Andrzejewskiego dobrze kojarzą czytelnicy „n.p.m.”, bo przez ponad dwa lata na naszych łamach publikowaliśmy jego relacje z wejść na poszczególne szczyty Korony Gór Polski. 
A w drugim wydaniu znalazła się między innymi przedmowa Moniki Witkowskiej, znanej podróżniczki i zdobywczyni Korony Ziemi, dla której górska turystyka była i jest inspiracją do dalszego poznawania świata. Poza tym wprowadzono szereg kosmetycznych zmian w treści oraz szacie graficznej. A że są wakacje i wielu z Was z pewnością myśli o Koronie, to książkę można kupić za pośrednictwem sklepu internetowego wydawnictwa (stapis.com.pl) w promocyjnej cenie 29,90 zł. Warto zaglądać również na oficjalny facebookowym książki. Podobno w głowie Andrzejewskiego dojrzewa plan wydania książki w wersji albumowej, z dużą liczbą dobrej jakości fotografii, które nie będą wyłącznie jego autorstwa. Trzymamy kciuki.
RED


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też