Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Pogórze Przemyskie

Góry są tam, gdzie ich nie ma

NPM 5/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Grupiński
Na wierzchołku Kopystańki otwiera się niesamowita przestrzeń (fot. Grzegorz Grupiński)
Pogórze Przemyskie celem, gdy Bieszczady w zasięgu ręki?! Tyle że tam w majowy weekend walą tłumy. A my lubimy w spokoju szukać gór tam, gdzie rzekomo ich nie ma.

Wczesnym porankiem mijamy Przemyśl i przez Fredropol, Aksmanice i Gruszową docieramy do serca Pogórza koło wsi Huwniki. W dole wije się wstęga rzeki Wiar, horyzont zamyka zalesiony wał Kanasina. Jadąc wzdłuż rzeki, przejeżdżamy przez dawne miasteczko Rybotycze. Wreszcie zatrzymujemy auto pod charakterystycznym budynkiem o zamczystej sylwetce, stojącym na niewielkim pagórku.
To wyjątkowa budowla. Cerkiew św. Onufrego w Posadzie Rybotyckiej jest najstarszą zachowaną cerkwią w Polsce i jednocześnie jedną z dwóch w kraju cerkwi obronnych. Najstarsza część świątyni ma ponad 600 lat. Zamierzamy ją zwiedzić po południu, kiedy ma przyjechać umówiony przewodnik. Teraz zaś mamy wyruszyć stąd na pierwszą wędrówkę.

Zupełnie jak w górach
Celem naszego wyjścia jest Kopystańka (541 m n.p.m.). Według niektórych podziałów pasm w tym rejonie to najwyższy szczyt na Pogórzu Przemyskim. Budzę więc małżonkę, która tymczasem zdążyła zasnąć na samochodowym fotelu, oszołomiona zapachem mleczy kwitnących na cerkiewnym pagórku.
Ruszamy z Anetą czerwonym szlakiem. Na początek klimaty à la PGR: jakieś zrujnowane zabudowania, zarastająca chaszczami leśna droga, bele z sianem na rozległych polach. Wtem pola się kończą, znikają krowie łajna i następuje krótki błotnisty odcinek przez las. Za nim zaczyna się inny świat. Wkraczamy na coś w rodzaju ukwieconej połoniny, pnącej się ku niebu i zwieńczonej krzyżem.
Na wierzchołku Kopystańki otwiera się niesamowita przestrzeń i jest zupełnie jak w górach. Podziwiamy panoramę zalesionych wzgórz. Zaledwie w kilku miejscach widać jakieś zabudowania. Widok na południe to kolejne plany ciemnych grzbietów, za którymi wyłaniają się następne pasma. To charakterystyczny układ tzw. gór rusztowych, w których górskie grzbiety położone są najczęściej równolegle do siebie. Gdzieś tam daleko, gdzie wzrok próbuje przebić się przez zamglony horyzont, Góry Sanocko-Turczańskie płynnie przechodzą w Bieszczady.
Panoramę podziwiamy w całkowitej samotności. Opuszczamy Kopystańkę z przekonaniem, że to właśnie jedno z miejsc uczęszczanych znacznie mniej, niż na to zasługują.

Komiks z cudami
– Wycieczka górska już była, teraz czas na krajoznawczo-historyczną część programu – stwierdzamy pod kamiennym murem, otaczającym cerkiew.
Przemieszczamy się autem do Kalwarii Pacławskiej. To jeden z największych ośrodków pielgrzymkowych w tym regionie. Już z daleka widać wieże zespołu klasztornego, wokół którego wyrosło dawne miasteczko. Do klasztoru, zbudowanego przez kasztelana lwowskiego Andrzeja Maksymiliana Fredrę, w 1679 roku przeniesiono obraz Matki Boskiej z Kamieńca Podolskiego, zajętego wówczas przez Turków. Sanktuarium przyciągało tysiące wiernych, a w XIX wieku masowo modlili się tu zarówno katolicy, jak i grekokatolicy.
Dzisiaj tutaj jakby spokojniej, ale może i urokliwiej. Chodzimy po miejscowości, oglądając stare domy z wielkimi strychami, zbudowanymi z myślą o goszczeniu pątników. Zjadamy dobry obiad w jadłodajni dla pielgrzymów. Podziwiamy barok świątyni i zapoznajemy się z „komiksem” – płótnem o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych, ukazującym różne cuda. Wszystko dokładnie namalowane i opisane archaicznym językiem – uzdrowione niewiasty, uratowani topielcy, nawet Żydzi dostąpili cudownych łask.
Błądzimy też wśród kaplic kalwarii, rozsianych po okolicznych polach. Jest ich ponad 40. Tęsknym wzrokiem spoglądam na południe, na grzbiet Połoninek Kalwaryjskich ciągnących się od Mandżochy (471 m n.p.m.) w stronę ukraińskiej granicy.
To plan na jutro, a teraz dalszy ciąg programu kulturalnego, czyli wizyta w… Hujsku. Właściwie to w Nowych Sadach, bo tak od II wojny nazywa się ta wieś, położona przy samej granicy. W 1939 roku zamieszkiwało tu 905 Ukraińców, 10 Żydów i pięcioro Niemców. W latach 40. XX wieku autochtoniczna ludność została wysiedlona. Podobnie zresztą było w bardzo wielu miejscowościach na Pogórzu Przemyskim. Kto sam dobrowolnie nie wyjechał do ZSRR, został przesiedlony w ramach sławetnej akcji „Wisła”. Miejsce dawnych mieszkańców zajęli, często znacznie mniej liczni, polscy osadnicy. Podobnie jak w Bieszczadach, tak i tu wiele wsi w ogóle przestało istnieć.
O trudnej historii przypomina cerkiew w Nowych Sadach, położona na gęsto zarośniętym, wczesnośredniowiecznym grodzisku. Wokół świątyni trochę starych nagrobków; na jednym z nich odczytuję starą nazwę wsi, wyrytą w cyrylicy. Spomiędzy resztek zeszłorocznych liści wyrastają smardze. Pod drzewem stoi ozdobiony tryzubem postument ku czci bojowników za Ukrainę, z datami: 1918-1920 i 1945-1947. To właśnie jedne z najtrudniejszych lat wspólnej polsko-ukraińskiej historii, kiedy to na tym terenie ścierały się przeciwstawne dążenia dwóch nacji do własnego państwa.

(…)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też