Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Wspomnienie / 10. rocznica śmierci Piotra Morawskiego

Góry nauczyły go cierpliwości

NPM 4/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
(fot. arch. Piotra Morawskiego )
Piotr Morawski ostatnie dni przed wyprawą na Manaslu i Dhaulagiri spędził na Biwaku Zimowym „n.p.m.” na Hali Krupowej razem ze swoim, 3,5-letnim wówczas, synem Ignacym. Rozmawialiśmy o górach do późnej nocy. Nikt się wtedy nie spodziewał, że to nasze ostatnie spotkanie, a Piotrek w Himalajach zostanie na zawsze. Aż trudno uwierzyć, że od jego śmierci mija już 10 lat.

W lutym 2009 roku, kiedy Piotrek przyjechał na nasz Biwak Zimowy „n.p.m.”, był świeżo po zdobyciu obu Gaszerbrumów i po trzeciej próbie wejścia na Annapurnę. Za pierwszym razem z powodu złych warunków atmosferycznych musiał cofnąć się z wysokości 7300 metrów n.p.m. Za drugim zdobył z Piotrem Pustelnikiem jej wschodni wierzchołek (8010 m n.p.m.), ale obaj zawrócili, niosąc pomoc tybetańskiemu himalaiście Lou Tse, który doznał ślepoty śnieżnej. Morawski nie uważał siebie za bohatera.
− Dziwię się, kiedy na przykład czytam, że 40 osób wchodzi na Mount Everest i przechodzi obojętnie obok kogoś, kto właśnie umiera. Jak mam do wyboru: ratowanie życia człowieka czy zdobycie wierzchołka, sprawa jest dla mnie prosta – mówił w wywiadzie dla „n.p.m.”. Wycofał się też spod szczytu Broad Peak, by sprowadzić wycieńczonego wspinacza z Austrii. Trzecia próba na Annapurnie też się nie udała, bo pioruny ciskały tak, że trzeba było myśleć o szybkiej ucieczce.
− Trzeba wiedzieć, kiedy zapala się czerwona lampka, bo większość tragedii w górach zdarza się wtedy, gdy to światełko włącza się za późno. Jeśli masz się znaleźć zimą na wierzchołku wtedy, gdy nie wiadomo, czy się uda zejść, decyzja może być tylko jedna – odwrót. Za bardzo kocham życie, żeby niepotrzebnie ryzykować – opowiadał.
Za swoje podejście do człowieka w górach wysokich zyskał wielki szacunek wśród ludzi gór. – Wyznawał zasadę partnerstwa i niesienia pomocy – mówi Jerzy Natkański, szef Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki.
Do dziś nie wiem, jak prawie 80 osób zmieściło się w małej schroniskowej jadalni na Hali Krupowej, ale przez dwie godziny wszyscy w totalnym milczeniu słuchali jego opowieści o trzech nieudanych wejściach na Annapurnę i zwycięskiej walce na Gaszerbrumach. Swoją pasją potrafił ująć słuchaczy.
– Jego pokazy były najlepszymi z gór wysokich, jakie oglądaliśmy. I naprawdę nie nudziły się, mimo że widzieliśmy je po kilka razy – podkreśla Katarzyna Mazurkiewicz, organizatorka pokazów slajdów podróżniczych.
Nic dziwnego, że i biwakowicze długo nie chcieli puścić go do pokoju.
– Żeby realizować swoje górskie plany, trzeba przede wszystkim marzyć i chcieć – zakończył swoją prezentację na Hali Krupowej. To był prawdopodobnie jego ostatni pokaz w naszym kraju.

Tatry na osiemnastkę
Czasem w życiu jest tak, że na przykład dzięki rodzicom poznajemy góry już w wieku kilku lat i tak zaczyna się wielka przygoda. Ale w przypadku Piotra Morawskiego było inaczej. Tatry po raz pierwszy zobaczył w wieku 18 lat. Kolega z liceum zabrał go zimą na grań Tatr Zachodnich, a potem na Orlą Perć.
– Wszystko się zaczęło od zimowej wspinaczki w Tatrach, bo na wyjazd w Alpy nie było mnie stać – opowiadał.
Brak pieniędzy sprawił, że jego pierwsze wyjazdy były prawdziwie partyzanckie. Chodził w góry w dżinsach, na glany zakładał ruskie raki pożyczone od kolegi, a na swoją pierwszą wysokogórską wyprawę wybrał się z namiotem, kupionym w supermarkecie za 80 złotych. Wychodził z założenia, że skoro jest cel, który chce osiągnąć, reszta jakoś się ułoży.

Od Chana się zaczęło
Swoją przyszłą żonę poznał, gdy był na piątym roku studiów. To był 2000 rok. Spotkali się na urodzinach kolegi. Olga zwróciła na niego uwagę, bo jako jedyny miał na nogach buty AKU. A to był znak, że musi mieć coś wspólnego z górami. Potem wszystko potoczyło się dość szybko: w wakacje zaręczyli się na Nordkappie, rok później w czerwcu wzięli ślub. Góry nie były jeszcze na pierwszym miejscu, liczyła się przede wszystkim chemia i zrobienie doktoratu.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

W numerze także wspomnienie Olgi Puncewicz (dawniej Morawskiej)


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też