Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Wojciech Kukuczka

Góry mi krzywdy nie wyrządziły

NPM 11/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. archiwum Wojciecha Kukuczki)
Z Wojciechem Kukuczką, synem najwybitniejszego polskiego himalaisty, rozmawia Jakub Terakowski  

Ile razy byłeś w Himalajach?
Cztery.

Kiedy po raz pierwszy?
W 10. rocznicę śmierci ojca [Jerzy Kukuczka zginął 24 października 1989 r. – przyp. red.], na trekkingu zorganizowanym przez grupę jego przyjaciół. Trasa wyprawy prowadziła do miejscowości Chukhung, pod tablicę pamiątkową zawieszoną u podnóża Lhotse, w pobliżu miejsca, gdzie zginął. Miałem wówczas 15 lat. Następny wyjazd miał charakter sportowy; uczestniczyłem wówczas w maratonie górskim, rozpoczynającym się w bazie pod Everestem. Po raz trzeci wybrałem się tam z kamerą, a w ubiegłym roku wszedłem na Dach Świata.

Startujesz w maratonach?
Uczestniczyłem tylko w dwóch, od podium dzielił mnie kosmos, ale na mecie w Katowicach, jak każdy zawodnik, wziąłem udział w losowaniu nagród. Szczęście w sposób magiczny uśmiechnęło się do mnie, bo wygrałem wyjazd w Himalaje. Natomiast ubiegłoroczną ekspedycję zorganizował AWF w Katowicach. Mój ojciec jest patronem tej uczelni. Wyprawę przygotował rektor Zbigniew Waśkiewicz, który zaprosił mnie do udziału. Czy mogłem odrzucić taką propozycję? To była dla mnie niepowtarzalna okazja, aby zobaczyć góry najwyższe oczami wspinacza.

Jak długo trwała Wasza wyprawa?
Miesiąc, nie licząc trekkingu do bazy pod Everestem.

Podobno Twój Tata miał poważne problemy z aklimatyzacją, a Ty?
Też, może to u nas rodzinne? Wyraźne dolegliwości czułem już na czterech tysiącach metrów, gdy nikt inny jeszcze na nic nie narzekał. Potem, gdy mój organizm zaadaptował się, z nóg zwaliła mnie choroba. Lekarz zaordynował mi antybiotyk, na który – jak się okazało – jestem uczulony. Z deszczu wpadłem pod rynnę… Alergia spowodowała, że miałem trudności z oddychaniem, a silny, duszący wiatr potęgował efekt. W miejscu, gdzie z racji wysokości ciśnienie powietrza samo z siebie jest niskie, ten dodatkowy brak tlenu o mało nie zmusił mnie do odwrotu.

Nie używałeś butli?
Używałem non stop od wysokości 7800 metrów.

Ile osób uczestniczyło w wyprawie?
Darek Załuski i Robert Szymczak – himalaiści, Zbigniew Waśkiewicz, ja oraz szerpowie.

Jak się do niej przygotowywałeś?
Biegałem nieco więcej niż zwykle. Trochę wspinałem się w skałkach, aby podszkolić technikę i oswoić się z ekspozycją, ale wejście wybraną przez nas drogą nie wymagało szczególnych umiejętności. Najważniejsza była odporność psychiczna, walka z własną słabością i ciągłym bólem głowy.

Dlaczego wybraliście mniej popularną, tybetańską stronę?
Bo jest mniej popularna... Na Everest nie wchodzi się wtedy, kiedy się chce, lecz gdy warunki na to pozwalają, podczas tak zwanych okien pogodowych. W ciągu roku jest ich zaledwie kilka, więc są wykorzystywane do cna. Wszystkie wyprawy ruszają wówczas do góry, powodując, że ruch na wierzchołku jest zaskakująco duży. Ja od strony północnej wspinałem się sam; wchodziłem powoli, więc nawet partnerów straciłem z oczu. Kompletna cisza i pustka, cały świat pod stopami,
Mount Everest na własność, jeszcze krok i będę na szczycie... Z pewnością potrafisz wyobrazić sobie moje zaskoczenie, gdy zobaczyłem tam 20 osób – wspinaczy, którzy zdobyli wierzchołek od drugiej strony. Wyglądali tak nierealnie, że przez moment myślałem, iż to mój niedotleniony umysł płata mi figle.

Nie tak wyobrażałem sobie Czomolungmę.
Jak też nie. Zdjęcia, filmy, flagi, proporczyki, banery sponsorów, reklamy... Giewont może się schować... (śmiech).

Zdobyłeś szczyt w przeddzień Dnia Matki.
Nie było to moim zamiarem.

Jak Twoja Mama zareagowała na wiadomość, że jedziesz tam, gdzie zginął jej mąż?
Spokojnie. Była przeciwna moim planom, lecz miała świadomość, że wyprawy, w których uczestniczył ojciec, były bez porównania ryzykowniejsze.

Czy będąc w Himalajach, zrozumiałeś, czym przyciągały Go tak bardzo, że nie mógł bez nich żyć?
I musiał w nich zginąć? Nie, nie jechałem tam, aby lepiej zrozumieć tatę.

A po co?
Z ciekawości. Takie olśnienia, o jakie pytasz, częściej zdarzają się w telenowelach niż w życiu. Wiem, że góry potrafią uzależniać, ale mnie tej krzywdy nie wyrządziły. Moja życiowa droga nie omija gór, ale też nie prowadzi w głąb nich.

A dokąd?
Odnajduję ją w sztuce, kulturze, fotografii, filmie, multimediach. Skończyłem Wydział Grafiki wrocławskiej ASP, prowadzę galerię Negatyw w Katowicach.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też