Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Dolomity

Górski smak Marmolady

NPM 9/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
()
Marmolada jest bardzo słodka i przyjemna. Ale wejście na Marmoladę wcale słodkie i przyjemne nie jest. Wystarczy załamanie pogody i wspinaczka via ferratą na wysokości ponad trzech tysięcy metrów staje się małym horrorem. Ale górski smak Marmolady jest doprawdy wyborny.  

Głów­ny wierz­cho­łek Mar­mo­la­dy (Pun­ta Pe­nia, 3343 m n.p.m.) ani nie za­chwy­ca, ani nie prze­ra­ża. To jed­na z wie­lu po­tęż­nych skal­nych gór, ja­kich set­ki moż­na zo­ba­czyć w Do­lo­mi­tach. Więk­sze wra­że­nie ro­bi 3-ki­lo­me­tro­wa ścia­na od po­łu­dnia, bo od pół­no­cy z wierz­choł­ka spły­wa śred­niej wiel­ko­ści lo­do­wiec i wierz­cho­łek wy­da­je się bar­dziej pła­ski. Ale na szczyt i tak wcho­dzi się naj­po­pu­lar­niej­szą via fer­ra­tą po za­chod­niej gra­ni. Mar­mo­la­da jest wy­zwa­niem dla tu­ry­stów z jed­ne­go i pod­sta­wo­we­go po­wo­du: to naj­wyż­szy szczyt w Do­lo­mi­tach. W ten spo­sób ma­gia wło­skiej ko­ro­ny przy­cią­ga każ­de­go, kto przy­jeż­dża w naj­po­pu­lar­niej­sze gó­ry Ita­lii.

Daj­cie nam ca­va­ta­pi
Przy­jeż­dża­my w Do­lo­mi­ty w pię­cio­oso­bo­wym skła­dzie. Ale tyl­ko Da­niel i ja ma­my wy­zna­czo­ny kon­kret­ny gór­ski cel: po­sma­ko­wać wło­skiej Mar­mo­la­dy. Na­szą ba­zą wy­pa­do­wą sta­je się kem­ping w Ca­na­zei o wdzięcz­nej na­zwie – a jak­że – „Mar­mo­la­da”, ale po­czą­tek sierp­nia to szczyt wa­ka­cyj­ne­go se­zo­nu. Je­den na­miot stoi obok dru­gie­go, a do­dat­ko­wo ścisk po­tę­gu­ją dzie­siąt­ki kam­pe­rów z wło­ski­mi ro­dzi­na­mi. W tym kra­ju w środ­ku la­ta kto żyw ucie­ka z wiel­kie­go mia­sta w gó­ry, że­by zna­leźć się po­za za­się­giem go­rą­ce­go słoń­ca. Dla­te­go o ci­chym i spo­koj­nym bi­wa­ko­wa­niu nie ma co ma­rzyć.
Tłok jest ogrom­ny, a nie uśmie­cha nam się roz­bi­ja­nie na­mio­tu w sek­to­rze, gdzie kró­lu­ją ka­mie­nie. Dla­te­go wci­ska­my się tro­chę na si­łę mię­dzy dwa drew­nia­ne dom­ki. Nisz­czy­my spo­kój wło­skim let­ni­kom, któ­rzy na po­cząt­ku pa­trzą na nas spode łba, ale wy­star­cza „po­lac­co” i sym­pa­tycz­ni po­łu­dniow­cy już wi­ta­ją nas z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.
– Lech Wa­le­sa – krzy­czą ra­do­śnie. Gdy­by wie­dzie­li, ja­ki wo­kół „Wa­le­sy” jest te­raz w Pol­sce szum, mo­że nie by­li­by ta­cy ra­do­śni.
W pierw­szy wie­czór na al­pej­skim kem­pin­gu wzbu­dza­my nie­ma­łą sen­sa­cję. Ko­la­cja przy­rzą­dza­na na… ka­ri­ma­tach to w tym kra­ju zja­wi­sko nie­co­dzien­ne. Wło­si przy­jeż­dża­ją na kem­pin­gi z peł­nym asor­ty­men­tem: krze­seł­ka, sto­li­ki, pa­ra­so­le, noc­ne lamp­ki, po pro­stu czym cha­ta bo­ga­ta. A Po­la­cy wy­cią­ga­ją z ba­gaż­ni­ków swo­ich fia­tów sło­iki z je­dze­niem i go­tu­ją wszyst­ko na tra­wie jak le­ci. Czu­je­my na so­bie wzrok prze­cho­dzą­cych obok lu­dzi.
– Je­ste­śmy bo­ha­te­ra­mi wło­skie­go se­ria­lu – oce­nia­my zgod­nie.
Po ko­la­cji pró­bu­je­my otwo­rzyć wło­skie wi­no, ale ma­my pe­wien kło­pot.
– Kor­ko­cią­gu w na­szych ba­ga­żach za­bra­kło – nie kry­je­my roz­cza­ro­wa­nia, bo pró­ba wci­śnię­cia kor­ka do środ­ka też nie przy­no­si re­zul­ta­tu.
Do ne­go­cja­cji z Wło­cha­mi w spra­wie kor­ko­cią­gu zo­sta­je od­de­le­go­wa­ny Fi­lip. Ję­zyk mi­go­wy nie przy­no­si re­zul­ta­tu. Re­pre­zen­tant na­sze­go ze­spo­łu po­ka­zu­je na róż­ne spo­so­by, cze­go nam po­trze­ba, ale po­łu­dniow­cy za nic w świe­cie nie poj­mu­ją, o co nam cho­dzi. Aż wresz­cie męż­czy­zna w si­le wie­ku, oświe­co­ny na­głą my­ślą ni­czym po­my­sło­wy Do­bro­mir z pol­skiej kre­sków­ki, pod­ska­ku­je ra­do­śnie:
– Ca­va­ta­pi! – krzy­czy roz­pro­mie­nio­ny i po­da­je nam wy­ma­rzo­ny kor­ko­ciąg.
Te­go sło­wa ni­gdy już nie za­po­mni­my. Po kub­ku wło­skie­go wi­na za­sy­pia­my jak anioł­ki. Na­za­jutrz dwu­oso­bo­wy skład ata­ku­je Mar­mo­la­dę.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Dolomity
Włochy

Zobacz też