Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Góra pod poziomem morza

NPM 10/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Rafał Jankowiak
Dawny kamieniołom wraz ze Wschodnią Bramą - ciągle poniżej poziomu morza (fot. Rafał Jankowiak)
Zegarek wskazywał wpół do szóstej. Gdzieś daleko na wschodzie, za górami Jordanii, pojawiły się pierwsze oznaki świtu. Do mojego celu – krawędzi plateau – pozostało jeszcze około 200 metrów w pionie. Kolejne 20 minut i stanąłem, wraz z niemałą grupą innych turystów, na szczycie. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, iż po ponad 40 minutach i 410 metrach podejścia wciąż się znajdowałem... pod poziomem morza.

Wszystkich wybierających się na Masadę, bo o tej słynnej żydowskiej twierdzy mowa, uspokajam: na płaskowyżu są miejsca, gdzie można znaleźć się „nad”, ale spora część plateau leży poniżej magicznej poziomicy „zero”. Wydawać by się mogło, iż budowa twierdzy w tak pozornie niestrategicznym miejscu to bezsens. Pamiętajmy jednak, że Masada znajduje się ponad 400 metrów nad taflą Morza Martwego i niewiele mniej metrów nad południowym skrajem Pustyni Judzkiej. Ten więc, kto przed wiekami – czy wręcz tysiącleciami – kontrolował Masadę, trzymał też w szachu kupców oraz armie podążające szlakiem z Turcji, Syrii, Galilei czy ze wzgórz Golan wzdłuż Jordanu i Morza Martwego do zatoki Akaba i dalej w głąb ziem arabskich.

Od Heroda się zaczęło
Wprawdzie pierwszymi budowniczymi twierdzy byli władcy z dynastii hasmonejskiej, rządzący w Palestynie 100 lat przed Chrystusem, ale twórcą Masady w jej dzisiejszym kształcie jest nie kto inny, tylko król Judei Herod, znany doskonale z kart Biblii. Ukrywał się on na tym niedostępnym wzgórzu około 40 roku p.n.e., a potem – według kronik – upodobał sobie to miejsce, wzmacniając jego obronne znaczenie. Najważniejszą nową budowlą na płaskowyżu były zbiorniki na wodę oraz magazyny – to dzięki nim Masada stała się główną strażnicą wojskową rzymskiego pogranicza.
Ale najważniejsze miało nastąpić kilkadziesiąt lat później. Za sprawą wydarzeń z końca I wieku dla Żydów Masada jest dziś jednym z najważniejszych historycznie miejsc. Odgrywa podobną rolę, jaką dla nas Grunwald, dla Rosjan – Borodino, a dla Serbów – Kosowe Pole. To tutaj w 73 roku dokonał się ostatni akt powstania Żydów przeciwko Rzymianom. Kiedy ci drudzy usypali z pomocą tysięcy niewolników specjalną skarpę, na której ustawiono machiny oblężnicze, i dodatkowo otoczyli całą twierdzę wałem, broniący Masady zeloci mieli tylko jedno wyjście: zbiorowe samobójstwo. Obrońcy najpierw zabili swoje żony i dzieci, a potem 10 wylosowanych zamordowało pozostałych. Ci z kolei zostali zabici przez jednego, wybranego wcześniej obrońcę, który na koniec popełnił samobójstwo. Kiedy Rzymianie dotarli na płaskowyż, ujrzeli ciała 960 obrońców. To dlatego do dziś rekruci armii izraelskiej przysięgają, iż „Masada nie zostanie już nigdy zdobyta”.

Perełką jest Pałac Północny
Na szczyt wchodzi się (lub wjeżdża) przede wszystkim dla oszałamiającej panoramy. Na wschodzie, u stóp wzgórza, widać solne osady Morza Martwego, które przed kilkudziesięciu laty obejmowało również i ten teren. Dalej – w porannym słońcu połyskują gęste jak zupa wody dzisiejszego morza, za którymi w niebo strzelają pustynne wzgórza, leżące już na terenie Jordanii. Na południu, za wąską gardzielą wadi (doliny) Masada, góruje plateau góry Eleazar. Na wschodzie z kolei widać pozostałości dawnych umocnień zarówno samej twierdzy, jak i obozu rzymskiego.
Jest jeszcze zupełnie ciemno, kiedy docieram do małego kiosku, który pełni tu łączoną funkcję kasy oraz informacji turystycznej. Szybki zakup biletu wstępu do Masada National Park i... w górę! Startuję około godziny piątej z 410 m p.p.m. Już po paru krokach wiem, że czas sięgnąć po czołówkę schowaną gdzieś na dnie plecaka. Światła z sąsiedniego hostelu nie sięgają dalej. Zatem ruszam! Początkowo trasa podejścia prowadzi dość wygodną i szeroką drogą szutrową, zaraz potem jednak Wężowa Ścieżka, jak nazywa się główny szlak na Masadę od wschodniej strony, skręca w prawo. W ciemności widzę kilka osób uparcie podążających na wprost. Wołam! Uff, wracają.
– Skąd wiedziałeś, żeby wziąć takie światło na głowę? – słyszę pytanie zadane z charakterystycznym teksańskim akcentem. Cóż, Amerykanie... Rozmawiamy trochę. Pytają, skąd pochodzę.
– Aaaa, to u was znów ta rewolucja, namioty stawiacie – mówią z pełnym przekonaniem. Jak widać pojęcia „Polska” oraz „Ukraina” to dla gości zza oceanu jedno i to samo...

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też