Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | McKinley

Góra dwóch nazw

NPM 3/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Monika Witkowska
Na tej górze tragarzy nie ma. To, co nie zmieści się do plecaka, ciągnie się na sankach (fot. Monika Witkowska)
W Polsce znamy ją zwykle pod nazwą Mt McKinley (od nazwiska jednego z prezydentów USA), podczas gdy Alaskanie wolą tradycyjną wersję, nadaną przez miejscowych Indian, czyli Denali. W każdym razie góra to piękna, zimna i wcale nie łatwa!

Nasza przygoda z najwyższą górą Ameryki Północnej (6194 m n.p.m.) zaczyna się w Talkeetnie. Niewielkie miasteczko odwiedzającym je turystom kojarzy się z serialem „Przystanek Alaska” (rzeczywiście było inspiracją do wielu scen, chociaż tak naprawdę filmu tu nie kręcono), zaś dla wspinaczy stanowi bazę startową do wypraw. W rzeczywistości do gór stąd całkiem daleko – okolica to głównie lasy, bezkresna ostoja niedźwiedzi i łosi. Jedne i drugie do Talkeetny przychodzą – miśki nocami (stąd zabezpieczenia, by nie grzebały w śmietnikach), a łosie – o różnych porach (rosłą klępę spotykamy za dnia, jak spaceruje po lokalnym lotnisku). Inna sprawa, że pojęcie „nocy” na początku czerwca (wtedy właśnie trwa szczyt sezonu w zdobywaniu McKinleya) jest dość umowne, bo z racji bliskości koła podbiegunowego ciemności w tym okresie nie zapadają (w każdym razie latarki stanowią wtedy sprzęt bezużyteczny).

Zaprzężeni w sanki
Zanim wyruszymy w góry, musimy zameldować się w biurze rangersów (strażników parku narodowego). Sprawdzają, czy mamy zezwolenie na wspinanie się, a potem robią nam godzinne szkolenie: o tym, co nam grozi (największe wrażenie robią zdjęcia odmrożonych rąk), w których miejscach mogą wystąpić lawiny, że trzeba chodzić z liną (szczeliny) i nosić ze sobą śmieci (zakopanie ich po drodze to spore kary finansowe). Dowodem zaliczonego wykładu jest wręczenie nam kubełka na... kupy, z którym dumnie paradujemy przez miasteczko. Nie żartuję – każda ekspedycja taki atrybut dostaje i biada temu, kto zlekceważy konieczność jego noszenia (i używania), a na koniec się z niego nie rozliczy.
Wreszcie nadchodzi dzień, kiedy możemy wylecieć. Żeby nie było za dobrze, jest to kilka dni później, niż pierwotnie planowaliśmy. Na Alasce pogoda jest kapryśna, często, jak się to mówi, „nielotna”. Stojący obok japońscy turyści ubrani w krótkie spodenki śmieją się, widząc nas wsiadających do samolotu – mamy już na sobie puchówki i ciężkie górskie buciory (1,5 kg wagi każdy) na temperatury, jak obiecuje ich producent, do nawet minus 60 stopni. Jakkolwiek by było, McKinley to jedna z najzimniejszych gór świata.
Po półgodzinnym locie przenosimy się w zupełnie inny świat. Malutka awionetka ma zamontowane płozy, tak więc bez problemów ląduje na pasie ubitego śniegu.
– Witamy w „International Airport” – śmieje się pilot, bo rzecz jasna żadnego terminalu tu nie ma, za to jest trochę namiotów wspinaczy czekających na swoją kolejkę do lotu w dół (po kilku dniach wstrzymanych lotów kolejka bywa całkiem spora).
Zanim wyruszymy, mam dylemat: zielone czy czerwone? Nie chodzi o grę w kolory, tylko o to, jakie sanki wybrać. Bo sanki to na McKinleyu sprzęt praktycznie obowiązkowy. Wszystkiego do plecaka załadować się nie da, a sprzętu i prowiantu trzeba zabrać całkiem sporo (żadnych tragarzy czy możliwości podwiezienia rzeczy nie ma). Równocześnie dużo jest też chodzenia, bo choć ze swoją wysokością McKinleyowi do Everestu daleko, różnice poziomów (a zarazem odległości), jakie wspinacze muszą na alaskim szczycie pokonać, są w stosunku do Everestu większe (na Evereście przewyższenie z bazy na szczyt wynosi 3550 m, na McKinleyu trzeba zrobić 4 tys. m).
Ale wracając do sanek, to tak naprawdę ich kolor jest nieważny – ważne, by były mocne i żeby przywiązując ładunek do nich, nie odkształcić ich dna, bo obłe będą się wywracać. Sanki wypożycza się za darmo od firmy, z której samolotu korzystaliśmy.
Zakładamy też rakiety (chyba że wolicie narty skiturowe). Inaczej iść się nie da, bo będziemy zapadać się w śnieg. Po drodze co i rusz mijamy się z tymi, którzy już schodzą – niestety, większość szczytu nie zdobyła. No cóż, w biurze rangersów widzieliśmy tablicę ze statystykami – na 1112 wydanych zezwoleń (chodzi o rok 2014) szczyt do tego dnia zdobyło zaledwie 36 osób, co oznacza 3,2%. Ostatecznie sezon zamknie się 31-procentową skutecznością wejść.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też