Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Manaslu

Góra Ducha

NPM 1/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Bogusław Magrel
(fot. Bogusław Magrel)
Sanskryckie słowo „manasa” oznacza ducha bądź duszę. Dlatego ośmiotysięcznik Manaslu nazywany jest Górą Ducha. Żeby na nią wejść, musieliśmy godzinę czekać w kolejce.

W Himalaje Ladakhu postanowiliśmy pojechać w ramach aklimatyzacji przed wejściem na Manaslu, wspaniały ośmiotysięczny szczyt leżący w Himalajach Nepalu. Zakładaliśmy, że suchy Ladakh będzie dobrą przeciwwagą dla słynącego z deszczów rejonu Manaslu. Na miejscu okazało się jednak, że wszystkie przepowiednie o kapryśnej pogodzie także tu się spełniają. Przez tydzień na zmianę albo lało, albo sypało śniegiem. O suchym Ladakhu mogliśmy tylko pomarzyć.
Rozgrzewka
Lądujemy w Leh, niewielkim miasteczku zagubionym wśród morza wyniosłych szczytów. Z góry wygląda ono jak mała plamka zieleni na bezkresnych połaciach surowej ziemi. To tu koncentruje się życie całej prowincji, to stąd rusza większość turystów na okoliczne szlaki. Miasteczko leży na wysokości ok. 3600-3800 metrów n. p. m, co już daje spore możliwości aklimatyzacji. Natomiast asfaltowa droga wiodąca na pobliską przełęcz Khardung La (5350 m n.p.m.), podobno najwyższą przejezdną przełęcz na świecie, znacznie je poszerza. Wokół przełęczy znajdują się bowiem łatwo dostępne szczyty. Jednym z nich jest Stok Kangri (6153 m n.p.m.), który góruje nad miastem. Jego wysmukłą, piramidalną sylwetkę dobrze widać właściwie z każdego miejsca.
W Leh załatwiamy wszystkie niezbędne formalności związane z pobytem w górach i po miłym spotkaniu z Szerpą Sonamem Wangyialem, legendą indyjskiego himalaizmu, udajemy się do miejscowości Stok, skąd rozpoczniemy trekking. Noc spędzamy u gospodarzy we wsi. To niezwykła okazja do przyjrzenia się miejscowym zwyczajom oraz spróbowania lokalnej kuchni. „Nasz” dom jest podpiwniczony. By wejść do środka, musimy pokonać wysokie schody prowadzące na ganek i oczywiście zdjąć buty. Toaleta to dziura w podłodze, ale przynajmniej nocą nie trzeba wychodzić na zewnątrz. Dom obsadzony jest pięknymi kwiatami, na grządkach pełno cebuli, a okoliczne drzewa uginają się pod ciężarem dojrzewających moreli. Przed snem czytam kolejny rozdział książki Jung Chang „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin”, szokującej i poruszającej opowieści o Chinach za czasów Mao. Gdy jestem za granicą, lubię poznawać inne kultury.
Kolejnego dnia zaczynamy trek do bazy. Ciężki szpej wysyłamy karawaną, a sami ruszamy na szlak. Ścieżka wije się wzdłuż rzeki, powoli wznosząc się w górę. Mijamy piękne formacje skalne, które z daleka wyglądają niczym monstrualnej wielkości grzebień, mieniący się w słońcu odcieniami brązu, zieleni i żółci.
– Pięknie tu – powtarzamy jak mantrę.
W obozie na wysokości 4400 metrów n.p.m. spędzamy dwie noce. To miejsce jest wręcz luksusowe. Pośrodku stoi wielki namiot zrobiony na arabską modłę. Składa się z jednego masztu, z którego płótno opada w kształcie okręgu do samej ziemi i nakrywa kamienny murek będący fundamentem całej konstrukcji. Murek ten nie tylko ochrania, ale pełni też funkcję ławki dla gości przebywających wewnątrz. A że w środku namiotu ustawiono stoliki, atmosfera sprzyja rozmowom. A menu? Cola, piwo, słodycze… jak w czterogwiazdkowym hotelu. Wieczorem, przy świetle czołówek, można było się poczuć niczym średniowieczny wędrowiec, który zabłądził w czasie i przestrzeni.
Następnego dnia docieramy do obozu na 4980 metrach n.p.m. i wychodzimy na punkt widokowy położony prawie 200 metrów wyżej. Czujemy się dobrze, dlatego kolejne wyjście postanawiamy połączyć z noclegiem na prawie pięciu tysiącach. Niestety, pogoda jest bardzo niepewna, bo pada deszcz ze śniegiem. Mimo to robimy dwa wyjścia aklimatyzacyjne – na 5400 i 5600 metrów n.p.m., podczas których zakładamy na lodowcu mały depozyt z jedzenia i rzeczy potrzebnych do ataku szczytowego.
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też