Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Himalaje

Głód gór

NPM 5/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dominika Kolesińska
( FOT. ARCHIWUM WYPRAWY)
Przenikliwy chłód noclegu na 5800 m wbija się nie tylko w strukturę zesztywniałego w śpiworze ciała. Zimny złodziej demoluje przede wszystkim głowę. Strzępi wiarę. Kradnie zapał. Bezsenna noc z wiązanką dokuczliwych wątpliwości na chwilę przed atakiem. Co ja w tym wszystkim widzę?

To było bardziej niż oczywiste. Po udanej zeszłorocznej wyprawie „3 × 5k Peaks Trekking Expedition”, zdobyciu Damavandu (5604 m), Kazbeku (5047 m) i Elbrusu (5643 m) nabraliśmy apetytu na więcej i przede wszystkim wyżej. Punktem centralnym kształtowania planu nowego wyjazdu stało się tym razem dosięgnięcie poziomu 6 tys. m. Obranie kursu na Dach Świata okazało się najcelniejszą odpowiedzią żądnych przekuwania w rzeczywistość górskich instynktów. Bo któż z Was, pasjonatów, nie chciałby wylądować w Himalajach?
Odrobina biurokracji logistycznej, szczypta dbałości o kondycję z zabezpieczeniem zaplecza sprzętowego, przygotowanie wyrwy czasowej pod ponadmiesięczne zniknięcie z realiów doczesności, dyscyplina finansowa… Chwilę później jesteśmy już na miejscu.
Katmandu. Stolica całego zamieszania. Centrum absurdu dla kogoś, kto pierwszy raz trafia w te rejony. Nieznane widoki, smaki, zapachy, gesty… Dla nas istne wrota przygody. Prosty plan. Dwie kobiety: Gosia (Warsaw) i Dominika (Domka), dwóch mężczyzn: Grzesiek (Jajo) i Aleksander (Olo). 30 maksymalnie zagospodarowanych dni trekkingu. Dwa punkty kulminacyjne o nazwie Imja Tse/Island Peak (6189 m) oraz Mera Peak (6476 m). Tym razem jako „2 × 6k Peaks Trekking Expedition”!

Stawiamy na kończyny dolne
Odrzucamy typowy wariant z przylotem do Lukli. Chcemy w pełni przygotować swoje nogi na zetknięcie się z wysokimi partiami Himalajów. Rozpoczynamy w Jiri. Siedem dni trekkingu przez lasy rododendronów, soczyście zielone pola ryżowe, „dżunglaste” wilgotne zarośla bądź spinające wzgórza i rozwieszone nad przepaściami mosty. Oto nasza droga po czerwonym dywanie marzeń do stolicy szerpowego świata – Namche. Niepowtarzalnego miejsca rozwidleń wielu tras pozwalających rozsmakować się w górskim przepychu. Kolejne 14 dni zajmuje eksploracja Sagarmatha National Park. Odwiedziny w usłanym lazurowymi jeziorami rejonie Gokyo. Zachód i wschód na Gokyo Ri (5357 m) z doświadczeniem optycznego triku – Widma Brockenu. Przeprawa przez lodowiec Ngozumba i wymagające podejście na przełęcz Cho La (5368 m). Niezapomniany poranek na Kala Pattar (5550 m) tuż pod majestatycznym Everestem. Zasypane namioty w Island Peak BC (5080 m) i rezygnacja ze zdobycia szczytu z powodu załamania pogody.
– Nienawidzę gór! – z letargu machinalnego stawiania kroków wybudza mnie prześmiewczy, radosny okrzyk Jaja. Spoglądam na Ola, na Gochę, na nasze toboły i niewątpliwie „lekko” uciemiężone wykonanym dystansem nogi. Prześmignęliśmy godny uznania kawał Himalajów. Cieszę się, że pomimo zmęczenia nie tracimy optymistycznego nastawienia. Przed nami jeszcze Mera!

Niezaspokojona żądza wysokości
Okrężną trasą docieramy na nocleg do Himalayan Lodge, usytuowanej ponad słynnym Route 24, pasem startowym minimalistycznego lotniska w Lukli. Tutaj rozpoczyna się główna ścieżka wiodąca na szczyt Mera Peak. Oto nasza ostatnia szansa na debiut wysoko ponad pułapem 6 tys. metrów n.p.m.
Bliskość lotniska stanowi automatyczny budzik. Harmider kołujących o poranku samolotów szybko wywabia nas z łóżek. Do czasu ostatniego przyzwoitego lunchu przed końcowym etapem wyprawy musimy znaleźć odpowiedniego tragarza. Śmiałka skłonnego oddać swe plecy 30-kilogramowemu workowi sprzętu. Mały casting przeprowadzony dzięki uprzejmości właściciela naszej komfortowej lodge’y wyłania Purana. Typowo niepozornego z wyglądu szerpę cechuje jednak niesamowita wytrzymałość oraz wesołe usposobienie, dzięki czemu z uśmiechem przyjmuje swój nowy wyprawowy pseudonim: (Koń) Rafał.
Przed startem rozpieszczamy na zapas swoje podniebienia trójkątnymi pierożkami samosa z pobliskiego straganu i korzystamy z Wi-Fi dodawanego w pakiecie do zamawianej w Starbucksie kawy (tak, w Lukli jest nawet taki wybryk cywilizacyjny!). Po południu, podążając kamienną ścieżką wijącą się ponad miasteczkiem, znów wkraczamy w strefę uprzywilejowaną fauny i flory, w krainę oddaną nieskażonej naturze i unikatowej prostocie życia jej mieszkańców. Do najbliższej wioski wedle opinii zasłyszanych jeszcze w Lukli mamy około trzech godzin marszu. Ruszamy dziarsko przed siebie i już po chwili ścieżka pokrywa się wielkimi grudami gradu, który jeszcze niejednokrotnie da się nam we znaki, uderzając w nieosłonięte części naszych ciał. Wedle wskazań mapy Chutanga, do której zmierzamy, leży 300 m ponad Luklą. W rzeczywistości zanim wylądujemy przy bajecznie ciepłej kozie w Mera Lodge (jednej z kilku klasycznych drewnianych noclegowni), pokonujemy 700 m przewyższenia. No cóż, nie pierwszy to już raz, gdy wytyczne mapy nie pokrywają się z trasą w terenie. Ot, typowe nepalskie kartograficzne figle. Uważajcie na nie!

(…)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Nepal

Zobacz też