Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Australia / Tasmania

Gdzie diabeł mówi dzień dobry!

NPM 4/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Katarzyna Jodłowiec
(fot. Katarzyna Jodłowiec)
Na parkingu szukamy wolnego miejsca i nagle przed maską pojawia się On. Nasz pierwszy w życiu kangur! Mimo niewielkich rozmiarów jest wśród turystów wielką gwiazdą. Wszyscy kłębią się wokół niego z aparatami. Siedzi i ani myśli się ruszyć. A z torby wystaje mu młode.

Chłodny wiatr delikatnie muska nas w twarz. Jest godzina siódma rano. Właśnie wylądowaliśmy w australijskim Hobart. Lekko zaspani przechodzimy wraz z innymi przez płytę lotniska w kierunku wejścia do budynku. W ciasnej i niepozornej hali witają nas wyrzeźbione przez artystę diabły tasmańskie i ekrany, na których wyświetlane są zapętlone filmiki, promujące najważniejsze atrakcje turystyczne wyspy. Czekając na bagaż, wpatruję się w obrazki z miejsc, które mam nadzieję zobaczyć.

Wycieraczki zamiast kierunkowskazu
Bierzemy nasze plecaki z taśmy i ruszamy w stronę wypożyczalni samochodów. Przed nami zaledwie trzy dni na wyspie, ale coś już od pierwszych chwil podpowiada nam, że Tasmania to będzie czarny koń naszej trzytygodniowej wycieczki po Australii.
– Jeździliście już kiedyś lewą stroną? – pyta nas pracownik wypożyczalni.
– Nie, to będzie nasz pierwszy raz – odpowiadamy.
– Jesteście z Polski? To kawał drogi, koniec świata… – mówi z uśmiechem. Zabawne, jak patrzą na nas z australijskiej perspektywy.
Dziś mamy do pokonania ponad 300 kilometrów. Na pierwszy ogień idzie trasa z Hobart, stolicy wyspy, na północny wschód do Parku Narodowego Freycineta i powrót na południe z noclegiem w Dodges Ferry. Dzisiejszy dzień to rozgrzewka przed gwoździem programu, dwudniowym trekkingiem słynną malowniczą trasą na Cape Pillar, którą polecają wszystkie przewodniki.
Pierwsze kilometry za kółkiem to dla nas ciekawa lekcja. Niełatwo się przestawić na ruch lewostronny. Mimo że jestem tylko pasażerem, na początku bacznie obserwuję drogę. Cały czas mam wrażenie, że ktoś zaraz wjedzie nam prosto pod koła. Ale dla Adriana to nie problem. Za to większym okazuje się włączenie kierunkowskazu. Co rusz w ruch idą wycieraczki – cóż, taka jest widać siła przyzwyczajenia. By odwrócić swoją uwagę od katastroficznych myśli, staram się skupić na tym, co widzę za szybą.

Wszędzie wokół owce
A przed nami rysują się widoki jak z bajki. Każdy centymetr wyspy aż kipi zielenią. Na horyzoncie pojawiają się większe i mniejsze pagórki. Z czasem na soczystej trawie zaczynają pojawiać się owce. Są ich dziesiątki, a może nawet setki. Nigdy w życiu nie widziałam tylu owiec na raz. Ale taki widok to nic dziwnego, bo według statystyk na Tasmanii żyje ich około dwóch milionów. Pasące się zwierzęta dwoją i troją mi się w oczach, a ja przypominam sobie, że choć od tygodnia jestem w krainie kangurów, żadnego jeszcze nie widziałam.
– Zobacz, czy to kangur? – To owca. – A teraz? – Też owca.
– A teraz? – Też nie… – taki dialog prowadzimy ze sobą przez kilkadziesiąt kolejnych kilometrów. Powoli tracę nadzieję na spotkanie z torbaczem. A przecież w tej ostoi dzikiej natury miały być na wyciągnięcie ręki…
Docieramy do Parku Narodowego Freycineta, który jest jednym z dwóch najstarszych parków na wyspie. Został tak nazwany na cześć francuskiego podróżnika i odkrywcy Louisa de Freycineta, który w 1816 roku wyruszył w podróż dookoła świata. Żeglując z Hawajów w kierunku wschodnich wybrzeży Australii, Freycinet odkrył wyspę, której nadał imię własnej żony – Rose. Wchodzi ona obecnie w skład Samoa Amerykańskiego. Natomiast w okolicach Sydney podróżujący z nim naukowcy prowadzili badania dotyczące między innymi magnetyzmu ziemskiego. Niemal równo sto lat później, w sierpniu 1916 roku pierwsi turyści pojawili się na tasmańskich szlakach.

Nasz pierwszy w życiu kangur
W centrum informacji turystycznej już w samych drzwiach wita nas miła wolontariuszka. Zanim zdążymy się obejrzeć, ma dla nas poglądową mapkę z zaznaczonymi trasami i garść podstawowych informacji.
– Ile macie czasu? Jeśli mało, polecam spacer do punktu widokowego Wineglass Bay. Wyrobicie się w dwie godziny. Jeśli więcej, zejdźcie na plażę do zatoki. Gwarantuję, że widok zrobi na was wrażenie – zachęca.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też