Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Korsyka / Szlak GR20

Fra Li Monti dla odważnych

NPM 11/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Krzysztof Story
(fot. Krzysztof Story)
GR20. Nazwa mówi niewiele. Pochodzi z czasów, gdy Korsyka była 20 departamentem Francji. Ale lepiej szlak opisują sami Korsykanie: – Fra Li Monti oznacza po prostu… Drogę przez Góry. Prawie 200 kilometrów trasy łączy północ z południem wyspy. To jeden z najtrudniejszych szlaków pieszych w Europie.

Znów idę na szlak. A więc znów pakowanie, znów jak najlżej i jak najmniej sprzętu. Bo przecież wiadomo, że przez dwa tygodnie wszystko trzeba będzie nosić. A więc jedna koszulka, jedne spodenki i ucięta rączka szczoteczki do zębów symbol hikerskiej dbałości o każdy gram. Lubię ten proces pakowania, obcinania codziennego komfortu do absolutnego minimum. Dla zbędnych rzeczy miejsca nie ma.
Tym bardziej, że szlak, na który się wybieram, nie należy do najprostszych. Grande Randonnée 20, trawers Korsyki wzdłuż linii wododziału, jest często nazywany najtrudniejszym szlakiem na całym Starym Kontynencie, mimo że w kategoriach odległości ledwo raczkuje. Ja osobiście nie podjąłbym się tworzenia rankingów czy porównywania. Mimo to, już wysiadając z samolotu w Calvi, wiem, że łatwo nie będzie. Płaski teren na Korsyce kończy się wraz z krzykiem mew i zapachem morza. Dalej ciągną się kilometry górskich, skalistych grani, opadających w zielone i puste doliny. Poza zatłoczonym pasem wybrzeża gęstość zaludnienia to zaledwie 10 osób na kilometr kwadratowy.

Początek
Calenzana, położona 10 kilometrów na południe od Calvi, dużego nadmorskiego kurortu. To tu trzeba ostatecznie założyć plecak i postawić pierwszy krok. Następny supermarket dopiero po drugiej stronie wyspy.
Pierwszy etap GR20 to dobry sprawdzian kondycji. Szlak wita nas całodziennym, nieprzerwanym podejściem. Ścieżka kluczy przez kolczastą, śródziemnomorską makię (zarośla charakterystyczne dla klimatu śródziemnomorskiego) i po 40 minutach doprowadza mnie do małego źródełka. Woda na trasie jest kluczowa – szlak przecina wyspę wzdłuż linii wododziału, więc takie źródła to skarb. Często pomiędzy schroniskami nie ma ani jednego. Wtedy trzeba nosić.
Trzeba nosić, bo już przed południem słońce zaczyna zbierać efekty swojej ciężkiej pracy. Cieszę się z każdego fragmentu cienia, który oferują sosnowe zagajniki. W upale coraz częściej sięgam do bukłaka z wodą. Średnio na szlaku będę potrzebował czterech litrów wody dziennie. Póki co, idę pylistą rozgrzaną ścieżką i obserwuję uciekające mi spod nóg jaszczurki.
Pod nogi trzeba patrzeć nie tylko ze względu na wygrzewającą się w słońcu korsykańską faunę. Po dwóch, trzech godzinach marszu szlak staje dęba. Pojawiają się strome skały, a ścieżka powoli zamienia się w drogę wspinaczkową. Pierwszy raz widzę na GR20 łańcuchy i wiem, że tak stromo i skaliście będzie już do końca.
Z Calenzany wyszedłem późno, więc pomimo bardzo dobrego czasu, do schroniska Ortu di u Piobbu (1570 m n.p.m.) dochodzę, gdy dzień ma się ku końcowi. Idę więc szybko rozbić swój namiot, by z palnikiem i składnikami obiadu wrócić na taras budynku. Prawie wszystkie schroniska na GR20 oferują wspaniałe widoki i pierwsze refugio wcale nie jest wyjątkiem. Budynek jest podwieszony na rozległym zboczu, wychodzącym wprost na strzelający wszystkimi barwami zachód słońca.
Przy takich widokach łatwo nabrać ochoty na dalszą wędrówkę. Drugiego dnia wstaję więc o wschodzie słońca, zostawiam plecak w schronisku i po raz pierwszy schodzę ze szlaku. Celem jest Monte Corona (2144 m n.p.m.), mój pierwszy korsykański dwutysięcznik. Na szlak zdążę jeszcze wrócić, na razie cieszę się podejściem wśród olchowych zarośli. Po godzinie jestem na szczycie i po raz pierwszy mam okazję spojrzeć na południe. Otwiera mi się widok na najwyższe szczyty, urwiska i poszarpane granie. Tak, ten widok zaskakuje – zwłaszcza, że dokładnie tam prowadzi szlak. Szare surowe skały i pionowe żleby mówią jedno: zaczęło się.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też