Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Wydarzenia |

Festiwal pod znakiem wspinaczki

NPM 1/2017
Numer wyprzedany
Autor:
Redakcja n.p.m.
(fot. Adam Kokot)
​Krakowski Festiwal Górski pozycjonuje się coraz bardziej jako impreza dla miłośników klasycznej wspinaczki skałkowej. Ale to publiczności odpowiada, bo sala Uniwersytetu Ekonomicznego znowu pękała w szwach.

Odbywające się na początku grudnia KFG to okazja do podsumowań kończącego się roku. Co zrozumiałe, tym razem na plan pierwszy wysunęło się zimowe wejście na Nanga Parbat. Jeden z trzech – oprócz Simone Moro i Alego Sadpary – zdobywców, Alex Txikon, objechał tej jesieni większość górskich festiwali w naszym kraju. Wydawać by się mogło, że oglądali i słuchali go wszyscy, którzy interesują się himalaizmem, ale i tak w Krakowie publiczność zgotowała mu gorącą owację. A po jego pokazie ustawiła się długa kolejka po autografy. Swój podpis składał nawet na koszulkach, które widzowie mieli na sobie. A w kuluarach pytano Alexa np. o wyprawę na K2 zimą.
– Simone bardzo często powtarza takie zdanie, że tę „zimową grę rozpoczęli polscy wspinacze”. I mam nadzieję, że to dzieło dokończycie właśnie wy, Polacy – mówił swoim sympatykom.
Wielkie oklaski zebrał także Andrzej Bargiel, który dzięki zdobytemu w tym roku – w rekordowym czasie 29 dni – tytułowi Śnieżnej Pantery (pięć najwyższych szczytów b. ZSRR) stał się główną medialną atrakcją polskiego świata gór. A wszystko za sprawą nakręconego dla Canal+ Discovery serialu dokumentalnego. W Krakowie o swoim wyczynie opowiadał razem z Darkiem Załuskim, znanym himalaistą, który nakręcił niejeden film o górach wysokich.
– Podziwiałem Jędrka na tej wyprawie. Do tej pory jeździliśmy w kameralnym, kilkuosobowym zespole, a teraz musiał skupić się także na całej medialnej otoczce, związanej np. z kilkakrotnym nagrywaniem tej samej sceny. Ale poradził sobie z tym doskonale, nawet jak musiał po raz kolejny podchodzić 300 metrów – nie szczędził pochwał Załuski.
– Był taki moment na wyprawie, że byliśmy przekonani, iż projekt się nie uda, np. ze względu na kiepską pogodę czy oczekiwanie na benzynę do helikoptera. Ale wszystko dobrze się skończyło – mówił Bargiel. –  A o tym, jak wielki wysiłek wszyscy w ten projekt włożyliśmy, niech świadczy fakt, że po zdobyciu ostatniego szczytu, zamiast kręcić kolejne sceny, zadecydowaliśmy o szybkim powrocie. Byliśmy psychicznie wypaleni – zakończył rekordzista.
– Kiedy Jędrek schodził na dół z ostatniego szczytu, wyszedłem mu naprzeciw. Chciałem go wyściskać, cieszyć się z sukcesu. A on przywitał mnie tak: „Cześć, Darek, jak się czujesz?”. Ta sytuacja oddaje całego Jędrka na tej wyprawie – przypomniał Załuski.
Ale KFG to nie tylko spotkania z himalaistami, ale także polskie i zagraniczne filmy. Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie Filmowym powędrowało do Rumunki, Anki Damian, reżyserki animowanego filmu „Czarodziejska góra”. Pierwszą nagrodę w Konkursie Polskim otrzymał Wojciech Kozakiewicz za „Alpine Wall Tour”.
Tomasz Cylka
 
Uśmiechnięta Lynn Hill
Kto wie, czy największą gwiazdą tegorocznego Krakowskiego Festiwalu Górskiego nie była Amerykanka Lynn Hill. Przyjechała do Polski drugi raz, ale po raz pierwszy mogli ją zobaczyć widzowie pod Wawelem.
Lynn Hill to kobieta pełna wewnętrznego ciepła, gigantka wspinania mimo swoich zaledwie 157 cm wzrostu. Uklasyczniła jako pierwsza osoba legendarną drogę The Nose na El Capitan w Yosemitach i trzeba było czekać kolejne, bagatela, 12 lat na powtórzenie tego wyczynu. Skromna, uśmiechnięta, sympatyczna Lynn, zapytana przez nas o tajniki swojego sukcesu, wymienia przede wszystkim talent.
– To on nas predysponuje do uprawiania konkretnych dyscyplin sportowych. Musimy słuchać naszego wewnętrznego głosu i podążać ścieżką, którą dyktuje nam nasze serce. A z biegiem czasu, kiedy będziemy dążyć do realizacji celu, na naszej drodze staną odpowiednie osoby. Znajdą się też środki i sposoby, by dotrzeć tam, gdzie sobie to założymy – przekonuje Lynn Hill w rozmowie z Pauliną Wierzbicką „n.p.m.”. Wywiad z ikoną wspinania znajdziecie w lutowym numerze „n.p.m.”.  RED
 
 
 
 
--------------------
 
Bez tlenu na Mount Evereście
Peter Habeler, który 38 lat temu wszedł razem z Reinholdem Messnerem na Mount Everest bez tlenu, był gościem tegorocznych Dni Lajtowych w Karpaczu. – Po prostu daliśmy sobie szansę i potrafiliśmy z niej skorzystać – opowiadał Habeler.
Już po raz piąty Karkonoskie Dni Lajtowe odbyły się pod Śnieżką. Tym razem główną postacią tego festiwalu był Peter Habeler, austriacki wspinacz, który swoją przygodę z wysokimi górami rozpoczął w wieku 27 lat razem z Reinholdem Messnerem.
– Wspinaczka z takim partnerem to było coś najpiękniejszego, co spotkało mnie w życiu. Uważam, że tworzyliśmy zgraną i rozumiejącą się w górach parę – opowiadał Habeler.
Jednym z największych ich osiągnięć było pierwsze wejście bez dodatkowego tlenu na Mount Everest. Dokonali tego w 1978 r., a dodatkowo Habeler ustanowił rekord zejścia ze szczytu do południowego filara. Zajęło mu ono tylko godzinę.
– Często słyszę, że trzeba być lekko szalonym, by wspinać się na
8 tys. metrów. Ale dzięki temu, że nie przejmuję się takimi opiniami, udało mi się dokonać tak wiele – mówił Habeler. A o wejściu na dach świata bez tlenu mówił tak: – Nie mieliśmy w planie, by ten projekt realizować za wszelką cenę. Nie jest bowiem sztuką wejść na szczyt, a nie mieć już siły na szczęśliwy powrót. Po prostu daliśmy sobie szansę i potrafiliśmy z niej skorzystać. Sprzyjała nam pogoda, w dniu ataku czuliśmy się dobrze kondycyjnie. I to głównie dzięki temu udało mi się tak szybko zejść na dół.
Oprócz Everestu 74-letni dziś wspinacz zdobył także Czo Oju, Nanga Parbat, Kanczendzongę i Gaszerbrum I, na który wszedł z Messnerem w zaledwie trzy dni. Za tę działalność Polski Klub Alpejski, organizator Karkonoskich Dni Lajtowych wręczył mu swoją nagrodę Primus Inter Pares („Pierwszy wśród równych”).
– Bardzo za nią dziękuję – nie krył wzruszenia Habeler. – Róbcie w życiu to, co kochacie najbardziej. Jeśli jest to wędrówka po górach, to cieszcie się właśnie taką przygodą. Spójrzcie na mnie: mam ponad 70 lat, a wcale nie czuję się zgnuśniałym seniorem. Mam nadzieję, że jeszcze się w Polsce spotkamy. Bądźcie aktywni w życiu – zakończył himalaista.
Nagrodę wręczył mu burmistrz Karpacza. – Cieszę się, że prawdziwi ludzie gór przyjeżdżają do nas. Jestem dumny i szczęśliwy, że odwiedzają nas także znamienite osobistości ze świata alpinizmu i himalaizmu – mówił Radosław Jęcek i dodał: – Zapraszam wszystkich do Karpacza, otwieramy właśnie 16-metrową ściankę wspinaczkową, są też Krucze Skały. Jest co łoić.
Oprócz Habelera do Karpacza przyjechał także Alex Txikon, zimowy zdobywca Nanga Parbat, oraz Ukraińcy: Nikita Bałabanow i Michaił Fomin, laureaci tegorocznego Złotego Czekana, którzy jako pierwsi przeszli północno-zachodni filar Talung w Himalajach (7439 m n.p.m.). Wspinali się w stylu alpejskim. Ich przejście trwało sześć dni, a droga liczyła dwa kilometry.
– To była jedna z najtrudniejszych naszych dróg, ale dzięki współpracy udało się nam ją przejść – mówił Bałabanow.
Co zadecydowało o sukcesie? – Tworzymy bardzo mały, ale za to zgrany zespół. Nie ma między nami konfliktów, a gdy mamy inne spojrzenie na konkretne zadanie, to dyskutujemy i osiągamy kompromis. Jeśli to jest tylko możliwe, sami organizujemy sobie całą wyprawę. Dzięki temu wyjazd na Talung kosztował nas tylko dwa tysiące dolarów, a nie sześć. Ale wiemy, że nie zawsze taka samodzielność jest możliwa – zaznacza Fomin.
Dni Lajtowe po raz pierwszy odbyły się w 2000 r. w Tychach. Później imprezę organizowano m.in. w Rycerce, a także na Głodówce i w Zakopanem. W 2012 r. po raz pierwszy trafiła ona do Karpacza.                  
Tomasz Cylka
 
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też