Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Korsyka / Monte Cinto

Via ferraty po francusku

NPM 6/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Marek Skowroński
(fot. Wojtek Palichleb)
O górach na Korsyce pierwszy raz usłyszałem cztery lata temu, gdy wracając z austriackich ferrat, ktoś wspomniał o słynnym szlaku GR 20. Już wtedy wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał postawić swoją stopę na Wyspie Piękna, jak ją nazywają Francuzi.

Gdy na jednym z portali podpowiadających tanie loty pojawiła się atrakcyjna oferta przelotu na Korsykę, potrzebowałem zaledwie kilku minut na podjęcie decyzji. W ciągu paru dni zmontowaliśmy ekipę, która wyruszyła na podbój wyspy Napoleona.
Ferratowy falstart
Jeśli oferta lotu jest atrakcyjna, czasem trzeba trochę pocierpieć. Najpierw z Wrocławia docieramy to Modlina, a następnie do Brukseli Charleroi, by wreszcie wylądować na Figari – niewielkim lotnisku na południu wyspy. Pierwszego dnia mamy w planach sprawdzenie się na korsykańskich ferratach. Po wylądowaniu od razu ruszamy zatem na żelazne drogi w Sari-Solenzara i Chisie. Niestety, pogoda nas nie rozpieszcza, ale nie poddajemy się opadom deszczu i po odbiorze aut z wypożyczalni, niespełna dwie godziny później jesteśmy już w Sari-Solenzara.
W miejscu, gdzie rozpoczyna się ferrata, znajduje się też park linowy. Niestety, już na początku mylimy drogę – idziemy w prawo, nie w lewo, i zamiast na ferratę, docieramy właśnie do niego. Z perspektywy czasu myślę jednak, że to był dobry zbieg okoliczności, bo skała tego dnia była mokra i bardzo śliska, a przez to na ferracie było z pewnością niebezpiecznie. W parku linowym przynajmniej spokojnie testujemy sprzęt, w szczególności bloczki do zjazdów na tyrolkach. Ferratę w Chisie tym razem odpuszczamy.
Ale to nie koniec przykrych niespodzianek pierwszego dnia. Nasz kemping, na którym planowaliśmy nocleg, znajduje się... pod wodą. To efekt niedawnej powodzi na Korsyce. Udaje się jednak znaleźć alternatywny nocleg w bungalowach, kilka kilometrów na północ, na Campingu Merendella w miejscowości San-Nicolao. Standard „łóżka w kontenerach” okazuje się nadzwyczaj wysoki w stosunku do ceny (8 euro za osobę). Kontenery są wyposażone w łazienkę podpiętą do kanalizacji, kuchnię i gazowe ogrzewanie całego domku. Ponadto na wyposażeniu jest komplet sprzętu kuchennego, więc spokojnie można przygotowywać własne potrawy. Kemping na dodatek znajduje się 50 metrów od morza. I jak tu nie być zadowolonym.

Wyżej tu się nie da!
Wieczorem sprawdzamy prognozy pogody – są bezwzględnie jednoznaczne. Jeśli chcemy zdobyć najwyższy szczyt Korsyki – Monte Cinto (2706 m n.p.m.), musimy to zrobić drugiego dnia po przyjeździe. To ma być jedyny dzień bezchmurnej pogody w czasie naszego pobytu. Wstajemy więc o świcie, bo mamy przed sobą półtorej godziny jazdy samochodem. Niestety, postój na kawę w przydrożnym barze sprawia, że na szlak wyruszamy dopiero około godziny 9.30. Auto zostawiamy na parkingu w Haut Asco (1450 m n.p.m.), – stacji turystycznej, leżącej na skraju Plateau de Stagnu.
Początek szlaku prowadzi leśną ścieżką, doprowadzając do mostka, kończącego przyjemny i łatwy odcinek. Za nim szlak pnie się ostro w górę. Po chwili pojawiają się też pierwsze łańcuchy, które pomagają zwłaszcza przy zejściach. Są one bowiem umieszczone w miejscach, w których spływają strużki wody z górskich potoków. Bywa tam więc naprawdę ślisko. Na szczęście prognozy się sprawdzają, na niebie od samego rana nie ma ani jednej chmury i nic nie zapowiada, aby pogoda miała się popsuć.
Pierwszy postój robimy na wysokości 1750 metrów n.p.m., gdzie jemy drugie śniadanie. Na miejscu postoju kilkoro z nas wdrapuje się na pobliską turnię, skąd jest piękny widok na okolicę. Cyrk skalny, w który coraz śmielej wkraczamy (fr. Cirque de la Solitude), zdaje się nie mieć końca i wydaje nam się, że sięga aż do samego słońca.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też